Tajemnice branży rowerowej

Dziś chciałbym Wam opowiedzieć o tym, dlaczego czasem bywa tak, że mamy teoretycznie jakąś branżę przynoszącą aktualnie przysłowiowe kokosy, na której teoretycznie nie da się stracić jako inwestor, a mimo to niektórzy i tak tracą. Przedstawię to na przykładzie branży rowerowej, w której aktualnie mamy bardzo duże wzrosty. Tak się bowiem złożyło, że w dobie koronawirusa wielu ludzi postanowiło się przesiąść na rowery, rezygnując przy tym z komunikacji miejskiej. W teorii więc mamy kurę znoszącą złote jaja, w praktyce zaś niekoniecznie.

 

Wersja dla tych, którzy wolą słuchać

 

 

Wersja dla tych, którzy wolą czytać

 

Zacznę może od tego, jak realnie wygląda produkcja rowerów i czy trudno jest stworzyć swój własny brand rowerowy.

Produkcja rowerów to dość skomplikowany temat, a w obecnych czasach, czyli w dobie pandemii, czas trwania realizacji zamówienia w fabryce do otrzymania towaru do magazynu trwa minimum 5 miesięcy – i to w przypadku, gdy ma się stabilnego i pewnego dostawcę. Mniejsi są traktowani po macoszemu u dostawców podzespołów takich jak Shimano, które teraz ma gigantyczny boom. To akurat nic dziwnego – zawsze tak jest, że ten, kto zamawia więcej i jest stałym klientem, ma pewne fory.

 

No i teraz załóżmy, że chcemy stworzyć własną markę rowerową. Możemy to zrobić na dwa sposoby:

Pierwszy to typowa manufaktura, która produkuje rowery sama, łącznie z ramami. Jest kilka firm w Polsce działających na takiej właśnie zasadzie. Są też inne firmy, które lansują się tym, że mają pełną linię produkcyjną i mogą produkować rowery w naszym kraju. Tyle tylko, że moce przerobowe takich fabryk są bardzo małe i są w stanie pokryć może kilka % rzeczywistych zamówień. No, ale marketingowo można się lansować, że produkujemy w Polsce i tak dalej – i wielu klientów się na to łapie.

Drugim sposobem na posiadanie własnej marki rowerowej jest zamówienie towaru z zagranicy. Skąd więc zamawiają polscy producenci? To już różnie – w grę wchodzą Chiny, Tajwan, Indonezja, Kambodża, Malezja czy Wietnam. W takich fabrykach można sobie zamówić ramę albo po prostu wybrać gotową ramę z katalogu fabrycznego, dodać do tego osprzęt i naklejki swojego brandu – i już jesteśmy producentem rowerów. No, producentem w cudzysłowie, bo tak naprawdę to tylko brandowanie już gotowych rozwiązań i dorabianie do tego marketingu. Dokładanie na takiej zasadzie, na jakiej działają np. znane blogerki modowe, które zamawiają masówkę z Chin z doszytą swoją metką i wciskają to ludziom jako brand kategorii premium.

Tak czy inaczej zamawiając takie rowery wielu zamawia je już złożone w 90%, tzn. w takim stanie, w jakim są one sprzedawane w sklepie. No to jest akurat o tyle wygodne, że nie płaci się dodatkowo za transport podzespołów do Polski, odpada logistyka, terminowość dostaw, pilnowanie ludzi czy nie kradną i kontrola jakości ich pracy, nie trzeba też budować montowni i wielkiego magazynu. Krótko mówiąc mniej przepływów finansowych i niewielkie ryzyko, że coś będzie zawalone na produkcji. Dodatkowo można być znacznie tańszym od innych i wygrywać na rynku krajowym z niewielkimi nakładami marketingowymi, bo cena czyni cuda.

 

Antydumping – jak obejść

No ale teraz mamy pierwszy problem, czyli tzw. antydumping pod postacią cła na rowery z Chin w wysokości 48,5% – no niestety, tyle pieniędzy każe płacić Unia Europejska.

Stosuje się jednak bardzo proste obejście tego ograniczenia. Otóż, uwaga, wystarczy całą produkcję z Chin okleić naklejkami „Made in India”, puścić kontener z Chin do Indii, tam go przepakować i ściągnąć do Polski. Tak, tak, już w chińskiej fabryce nakleja się naklejki Made in India. Tabela celna Isztar nic nie mówi o podwyższonym cle na import złożonych rowerów z Indii, więc jesteśmy sporo do przodu. Ok, oczywiście przy takim schemacie wpadniemy w podwójne cło, to będzie 10,5% przy tańszych rowerach i 14% przy droższych rowerach (tzn. tych mniej więcej w cenie zakupu od 500 $ w górę). No ale i tak się mocno opłaca i tym sposobem rozwiązaliśmy zagadkę, dlaczego niektóre marki rowerowe są tak tanie.

Właściwie to zaryzykowałbym stwierdzenie, że tego typu manewry z cłem niszczą rynek rowerowy w podobny sposób, w jaki wyłudzenia VAT-u niszczyły inne branże. No bo wiecie, finalnie można było „zabijać” niższymi cenami konkurencję, która grzecznie płaciła wszelkie podatki.

 

Jeśli już jesteśmy przy tematach podatkowych, to wspomnę jeszcze o jednej ciekawostce

Otóż niektórzy z dużych importerów rowerów dysponowali własnymi składami celnymi. Po co? Odpowiedź jest prosta: aby odroczyć termin płatności podatku VAT. Mając własny skład celny można było bowiem płacić VAT od importu dopiero wtedy, gdy towar faktycznie wyjeżdżał z magazynu (co działo się nieraz dopiero po kilku miesiącach). Taka optymalizacja przy dużych kwotach obrotu przekładała się na to, że można było efektywnie obracać posiadanym kapitałem, a nie oddawać pieniądze od razu do urzędu skarbowego.

 

Ok, przejdźmy do tego, dlaczego inwestowanie w branżę rowerową właśnie teraz, mimo prosperity, niekoniecznie może być dobrym pomysłem

Zacznę tutaj od rzeczy podstawowej, czyli tego, kto stoi za daną marką szukającą inwestora. Załóżmy, że na rynku mamy jakiś tam brand, który jest znany i funkcjonuje od lat. Mówię tutaj o firmach, które mają ugruntowaną pozycję i składają u producentów stosunkowo duże zamówienia. No tutaj jeszcze, jeśli one poszukują inwestorów, ryzyko niewypału jest nieco niższe.

Problem właściwie pojawia się w przypadku, gdy mamy do czynienia z firmą świeżą, która po prostu stworzyła jakiś nowy brand i teraz szuka kogoś, kto by wyłożył pieniądze, bo „teraz to rowery idą jak świeże bułeczki, daj pan kasę – na tym się nie da stracić!”.

Otóż właśnie da się stracić!

Tak więc fabryki podzespołów rowerowych, tak zwany duopol Shimano i SRAM, mają obecnie gdzieś tak trzykrotnie większy popyt niż w normalnych czasach.

Co się z tym wiąże?

Okresy oczekiwania nawet dla największych odbiorców są wydłużane o minimum miesiąc, bo produkcja po prostu nie wyrabia. No a małe płotki, czyli takie nowe firmy na rynku, zamawiające mało, być może będą miały gotowe rowery dopiero gdzieś w czerwcu 2021 roku.

No i tutaj mamy pierwszy problem, bo w czerwcu to już sprzedaż rowerów znacznie słabnie.

Drugi problem może być taki, że COVID tak mocno zdemoluje nam gospodarkę, że ludzie właściwie po wiośnie 2021 nie będą już kupowali rowerów, bo nie będą mieli pieniędzy. Hype jest teraz, a do czerwca może już minąć.

Może więc się zdarzyć tak, że firma szukająca teraz inwestorów na rowery, zostanie w przyszłym roku z towarem, którego nie będzie miał kto brać za gotówkę. Oczywiście jest też inna możliwość, a mianowicie rozdanie towaru w kredyt. W sytuacji, gdy popyt mocno zjedzie w dół, może się okazać, że to w zasadzie jedyne wyjście, aby pozbyć się rowerów. Tyle tylko, że mamy tutaj ryzyko niewypłacalności kredytowanych kontrahentów.

Koniec końców jest spora szansa na to, że inwestorzy swoich pieniędzy nie odzyskają, nie mówiąc już o zyskach. Oczywiście ten, kto zbiera pieniądze, raczej na pewno wyjdzie na swoje – tak to już jest przy tego typu schematach.

 

Co z tego wynika?

Szczególnie istotną opcją przy wchodzeniu w tego typu inwestycję jest coś, co w branży określa się skrótem KYN, czyli Know Your Network. W wolnym tłumaczeniu oznacza to Znaj Swoją Sieć Powiązań, czy też bardziej znaj swoje otoczenie biznesowe. To, co teraz powiem, być może zabrzmi więc banalnie, ale wszystko sprowadza się do tego, aby sprawdzać powiązania osób, którym chcemy powierzyć nasze pieniądze, chociażby jako inwestorzy.

Dlaczego jest to istotne?

Trzymając się branży rowerowej, schemat może być chociażby taki:

– najpierw robimy marketing,

– potem bierzemy trochę pieniędzy od inwestorów,

– dalej pompujemy marketing,

– następnie bierzemy zaliczki od sklepów rowerowych (np. 50% wartości zamówienia).

Część zamówionych rowerów dociera do sklepów, a my zbieramy kolejne zamówienia i staramy się pozyskać kolejnych inwestorów. Jest łatwiej, bo już możemy pokazać, że jest zainteresowanie. W pewnym momencie, gdy mamy już zgromadzoną pożądaną sumę, nagle wszystko się wysypuje i nasza firma zaprzestaje dostaw rowerów. Pretekstem może być np. to, że zamówiliśmy kolejne partie rowerów poprzez zagranicznego pośrednika, który deklarował, że będzie taniej, a koniec końców zniknął z kasą. To jest tylko i wyłącznie kwestia ustawienia odpowiedniego schematu.

Do czego zmierzam to to, że tego typu ustawki da się nieraz wyłapać, jeśli sprawdzić właśnie powiązania ludzi, którzy stoją za daną firmą. Przykładowo kilka lat temu funkcjonowały firmy, które brały przedpłaty za rowery, po czym towar nigdy nie trafiał na sklepy lub też trafiało go stosunkowo niewiele. To był dość znany proceder w branży, a przynajmniej ja dostałem takie sygnały. I gdyby dziś osoby stojące wtedy za takimi oszustwami znów postanowiły powtórzyć ten schemat, a jest takie ryzyko przy obecnym boomie, to bardzo możliwe, że solidne prześwietlenie ich sieci powiązań mogłoby dać bardzo interesujące wyniki. Potem można by sporządzić raport określający poziom ryzyka – no i inwestor mający zainwestować w taką firmę rowerową mógłby zorientować się, że firma jest pod kontrolą cwaniaków, a wtedy już nie włożyłby w nią ani złotówki.

Skoro już jesteśmy przy temacie, to powiem Wam, że w Polsce sprawdzanie sieci powiązań jest jeszcze stosunkowo mało popularne. Mało komu chce się ponosić koszty takiego wywiadu. Jednak przy większych transakcjach – zwłaszcza, gdy w grę wchodzi np. sprzedaż za granicę, warto taką sieć powiązań sprawdzić. I tutaj mała kryptoreklama: zdradzę Wam, że Białe Kołnierzyki od początku przyszłego roku będą miały w ofercie coś, co pozwoli wyeliminować podobne zagrożenia. O szczegółach oczywiście poinformuję w odpowiednim czasie.

 

Wracając jednak do meritum dzisiejszego materiału

Jak więc widzicie, to, że na dany towar jest aktualnie boom, nie oznacza jeszcze, że na 100% da się na nim zarobić! Tak naprawdę, jeśli jakiś inwestor nie zna dobrze danej branży, to bardzo łatwo może służyć za żer rekinom – a właściwie to jego pieniądze mogą zostać przez te rekiny pożarte. Cóż bowiem z tego, że są klienci chętni kupić, skoro towar może nie dotrzeć na czas albo w ogóle nie dotrzeć, jeśli nie sprawdzimy powiązań i władujemy się na minę, tzn. trafimy na oszusta? Generalnie więc jak zawsze trzeba podchodzić z pewną dozą sceptycyzmu do różnych super – hiper – okazji inwestycyjnych. Dotyczy to w zasadzie każdej branży – nie tylko rowerowej.

 

Chińskie podejście do praw własności intelektualnej

Właściwie tą konkluzją mógłbym już zakończyć, ale na sam koniec, dla wytrwałych, będzie jeszcze jedna ciekawostka. Otóż, jak wspomniałem, możesz sobie w Chinach zamówić konfigurację roweru jaką chcesz – rama + osprzęt + własne naklejki. No i teraz musisz być przygotowany na to, że Chińczykom może się spodobać Twój projekt i że zechcą go sobie „pożyczyć”, to znaczy praktycznie bez zmian wykorzystać na jakimś innym rynku, np. w Ameryce Południowej. Bywały i takie przypadki, podobno. I właściwie nic z tym nie zrobisz, jeśli nie masz ochrony patentowej na cały świat – a większość firm ma tylko patenty obowiązujące na terenie Unii Europejskiej.

Tak to już jest z tym podejściem Chińczyków do praw własności intelektualnej – bardzo luźne to mało powiedziane. Dlatego bardziej renomowani producenci niekiedy zatrudniają koordynatorów (raczej nie Chińczyków), którzy pilnują na miejscu produkcji, aby czasem ktoś nie „pożyczył” sobie projektu. Inni z kolei wolą zlecić produkcję ram czy widelców takim uznanym firmom, jak Giant, która ma produkcję od A do Z – co prawda jest to bezpośrednia konkurencja i wychodzi drożej, ale za to radykalnie maleje prawdopodobieństwo, że ktoś (czyli Chińczyk) ukradnie projekt.

 

Resumując

Ok, no i to by było na tyle na dziś. Jeśli chcecie usłyszeć więcej tego typu opowieści biznesowych na YouTube, to dajcie łapkę w górę i zasubskrybujcie kanał. Obiecuję, że będziemy pracować nad coraz ciekawszym kontentem i omówimy różne patologie także w innych branżach. No a tymczasem do usłyszenia / przeczytania!

 

Zdjęcie ilustrujące wpis jest poglądowe! Osoby, rzeczy lub sytuacje przedstawione na zdjęciu NIE mają bezpośredniego związku z treścią niniejszego wpisu!

Książka o VAT-owcach: START PRZEDSPRZEDAŻY + BONUSY przedsprzedażowe

Nadeszła wiekopomna chwila, czyli można już składać zamówienia na książkę! Na początek parę konkretów z tym związanych.

 1. Gdzie kupić

Są tam wszelkie niezbędne informacje odnośnie procesu zakupowego (info też pójdą na maile tych osób, które napisały na adres vatowcy@bialekolnierzyki.com deklarując chęć zakupu).

 2. Koszty

Cena za książkę: 100 PLN + 5% VAT, czyli razem 105 PLN. Będzie to wersja papierowa i tylko taka będzie dostępna na początku. W cenę jest już wliczona wysyłka kurierem na terenie Polski.

3. Termin

Termin, w którym zobowiązuję się dostarczyć Wam książkę: najprawdopodobniej kwiecień 2021 roku, aczkolwiek ze względu na obecną sytuację z pandemią muszę sobie zastrzec dodatkowe kilka tygodni zapasu, tak na wszelki wypadek. Najpóźniej więc w maju książki powinny do Was trafić, ale myślę, że już w kwietniu się uda.

4.  Bonusy

No i oczywiście będą BONUSY dla wszystkich, którzy kupią książkę w przedsprzedaży:
👉 Indywidualna dedykacja z moim podpisem. Po prostu wysyłacie wraz z zamówieniem treść dedykacji (2 – 3 zdania), a ja ją ręcznie wpisuję i dodaję swój podpis. Myślę, że to fajna opcja zarówno na własny użytek, jak i gdy np. kupujemy książkę na prezent dla kogoś.
👉 Gadżet fizyczny dołączony do książki – prawdopobnie pins metalowy z logiem Białych Kołnierzyków, który będzie można np. wpiąć sobie w klapę marynarki. Taki miły akcent, jako forma podziękowania.
👉 Niespodzianka w formie elektronicznej. O szczegółach dowiecie się w odpowiednim momencie, ale myślę, że większości z Was się spodoba.

5. Daty

Przedsprzedaż startuje dziś i potrwa do soboty 5 grudnia do godziny 8:23. Co bardziej spostrzegawczy zapewne zauważyli, że to symbolika trzech stawek VAT: 5, 8 i 23% (taki mały żarcik). Potem oczywiście też będzie można zamówić książkę, ale już bez bonusów. I odstępstw nie będzie, bo to byłoby zwyczajnie nie w porządku wobec tych, którzy kupią w preorderze.

To tyle ze spraw technicznych

A teraz bardzo istotna rzecz: mimo tego, że w książce znajdą się także prawdziwe historie drobniejszych VAT-owców (bo wielu Czytelników i Czytelniczek lubi tego typu opowieści i pomału budują one klimat), to jednak dotrzemy aż do szczytów – i to będzie najważniejsza część fabularno – dokumentalna książki.
Będą więc powiązania z władzą, niejasne blokowanie faktycznego zwalczania wyłudzeń, propozycje nie do odrzucenia, współpraca ze służbami oraz niszczenie niepokornych. Będzie ostro. No a do tego schematy, metody itp. – abyście mieli pełen pogląd na zagadanie tzw. mafii VAT. W książce wypowie się też kilka bardzo ciekawych osób – zdecydowałem się na to dlatego, aby przekazać Wam możliwie najwięcej wiedzy i żebyście mogli spojrzeć na pewne zagadnienia np. oczami ekspertów zagranicznych (a i do takich dotarłem na potrzeby tej publikacji). Teraz drogi Czytelniku / droga Czytelniczko pozostaje już tylko kliknąć i zamówić, za co z góry Tobie dziękuję! 😉

A, tak dla pewności, jeszcze raz: link do strony sprzedażowej

Kobiety VAT-owców + fragment wywiadu z VAT-owcem

Tak, jak już wspominałem, w mojej książce o przestępczości VAT-owskiej znajdzie się również sporo wątków fabularnych i obyczajowych. Taki był zamysł od samego początku, choć nieraz wahałem się, czy opisywać takie rzeczy, jak chociażby stosunki damsko – męskie. Jednak uznałem, że może to być ciekawe dla wielu Czytelników i pozwoli im lepiej wczuć się w klimat tego świata przestępstwa i dużych pieniędzy. Poza tym nie samymi modelami karuzel człowiek wszak żyje. I nie chodzi mi tutaj o szukanie taniej sensacji „bo seks się zawsze sprzeda” – akurat o tym aspekcie będzie głównie tylko jeden rozdział. Dziś więc prezentuję krótki fragment, jeszcze przed finalną korektą i obróbką stylistyczną tekstu. Z góry zaznaczam, że nie są to moje prywatne przeżycia ani opinie – niby rzecz oczywista, ale jednak wolę to zaznaczyć, aby było to jasne i przejrzyste.

Rozdział XX

– Co zmieniło się w Twoich relacjach z kobietami od momentu, w którym wszedłeś w VAT-biznes?

Właściwie to wszystko. Odkąd zaczęły wpływać mi poważne pieniądze, to zacząłem tak naprawdę o siebie dbać – wcześniej różnie z tym bywało, przyznaję. A więc dobre ciuchy, regularne wizyty u kosmetyczki i dentysty oraz lepsza dieta + dobre sterydy. Do tego doszło drogie auto, a właściwie to auta, ponieważ z kolegami wymienialiśmy się samochodami na takiej zasadzie, że co jakiś czas dawałem swoją furę na parę dni komuś innemu, a brałem jego. Tak po prostu, żeby nie jeździć cały czas tym samym, bo to nudne. Bywały więc miesiące, w których jeździłem 3 – 4 różnymi samochodami. Wyglądało to trochę tak, jakbym je wszystkie miał na własność, co jednak nie było prawdą. No a ponieważ sprawiałem wrażenie osoby bogatej i całkiem nieźle wyglądałem, to kobiety po prostu same zaczęły do mnie zagadywać, co wcześniej się raczej nie zdarzało.

– Tak szczerze, na ile znam kobiety, to nie wydaje mi się, żeby tylko o sam fakt posiadania pieniędzy tutaj chodziło…

No w sumie to masz rację. Bo wiesz, jak masz kasę i robisz w takim biznesie, jak VAT, to mocno idzie do góry twoja pewność siebie. Nie jesteś zwykłym gościem, który idzie do pracy w jakiejś tam firmie i drży przed tym, żeby go czasem nie zwolnili i nie będzie miał za co spłacać kredytu na mieszkanie. Ty masz pieniądze i tę swobodę, że nie musisz się za bardzo liczyć z innymi. Czujesz się trochę jak facet z filmu gangsterskiego: jesteś silny i pewny siebie, a kobiety to wyczuwają bardzo dobrze. To tak mniej – więcej działa. Zresztą wiele dziewczyn, choć się do tego nie przyznają, lubi ten styl i w związku z tym lecą na takich właśnie facetów, a nie na zwykłego gościa, który prowadzi nudne i szare życie.

– Samiec alfa?

Można tak powiedzieć, a wielu kobietom to imponuje. Wiesz, kiedyś miałem taką historię, że spotykałem się z właścicielką salonu kosmetycznego o imieniu Aneta (imię zmienione). Przychodził tam często jakiś goguś, których non stop ją podrywał. Ona mówiła mu, że kogoś ma, ale on nie odpuszczał i był mocno upierdliwy. Pewnego dnia przyjechałem z kumplem do tej Anety do salonu, a ona mi mówi w pewnym momencie, że ten goguś akurat przechodzi przez ulicę i pewnie zaraz tutaj wejdzie. No to szybko poszliśmy z kolegą na zaplecze, a tamten faktycznie wszedł do środka i rzucił tekstem w stylu:
– No to co, to jak z tą kawą?
Ja wyszedłem wtedy z zaplecza i mówię do niego:
– To może ze mną się kawy napijesz, co?
Gość zgłupiał, a w tym momencie mój kolega – wielki, przypakowany chłop o groźnym wyglądzie – pojawił się za mną i powiedział tamtemu:
– Zapraszam na zaplecze, pogadamy sobie.
Facet był tak przestraszony, że potulnie zrobił co mu kazano. Weszliśmy więc z nim do innego pomieszczenia, a ja tak się zastanawiałem, co z tym gogusiem dalej zrobić… Dać po mordzie? Zbyt schematyczne. Koniec końców kazałem mu napić się wody z wiadra z mopem, a potem wypierd*lać i raz na zawsze zapomnieć o Anecie, bo ona należy teraz do mnie. No i tak się skończyło podrywanie mojej dziewczyny. Aneta tego może nie powiedziała, ale myślę, że po tej akcji nabrała do mnie sporo szacunku, bo to ja wygrałem, byłem górą.

– Ok, a w jaki sposób poznawałeś nowe kobiety?

To już różnie. Podrywałem barmanki w klubach, fryzjerki, studentki na imprezach – zbyt wiele, by wymieniać. Dobre statystyki miałem też na portalach typu Badoo. Tam to w zasadzie wystarczyło wrzucić kilka zdjęć z drogimi autami w tle plus fotki z zagranicznych wycieczek oraz opis, że mam własną firmę, a dziewczyny same zaczepiały mnie na priv. Oczywiście większość z nich była średnio atrakcyjna, ale i tak dość często pisały do mnie naprawdę ładne panie.

– Że tak podpytam z ciekawości: co się najczęściej przewijało w takich konwersacjach?

Nie będzie chyba zaskoczenia, jeśli powiem, że było dużo tak zwanych podróżniczek, jak ja je określałem. Były to dziewczyny, które po krótkiej wymianie zdań pisały wprost:
– Wybieram się aktualnie na wycieczkę do Egiptu czy tam Tajlandii i szukam kogoś, kto pojechałby tam ze mną.
Na pytanie co tam będziemy robić, odpowiedź była często taka:
– Wiesz, zwiedzanie, próbowanie lokalnej kuchni, seks…
Prosto i krótko, bez owijania w bawełnę. Oczywiście w domyśle to ja miałem być tym, kto płaci za tego typu wyjazdy. A seks był w pakiecie.

– Często korzystałeś z tego typu propozycji?

Powiem Ci, że parę razy mi się zdarzyło. No bo w sumie czemu nie? Stać mnie było na takie wypady kilka razy do roku, a do tego mogłem sobie wybrać fajną towarzyszkę, która zwykle była bezpruderyjna w łóżku. Zresztą dziewczyny też były zadowolone, bo zwiedziły ciekawe miejsca i nastrzelały sobie dużo fotek na Instagrama. To były fajne przygody, miło wspominam.

– Ile Ciebie to kosztowało, policzyłeś kiedyś?

Tak jakby podliczyć te wycieczki, wypady nad morze, kolacje, prezenty, narkotyki i tak dalej, to myślę, że średnio w ciągu roku wyszłoby pewnie jakieś 10 koła miesięcznie, może nawet nieco więcej. Ale powiem tak: mogłem sobie na to pozwolić, bo zarabiałem wtedy co najmniej po 40 tys. PLN miesiąc w miesiąc.

– Wspomniałeś o narkotykach – niech zgadnę: kokaina…?

Tak, kokaina. Po niej jest najlepszy seks, bo dostajesz niesamowitego kopa i ochoty. Ja np. miałem taką metodę, że sypałem dawkę koki na czubek penisa, a potem … (cenzura) … W sumie na kokę dla siebie i dla dziewczyn wydawałem nieraz po 4 -5 koła miesięcznie, szczególnie w miesiącach letnich, gdy częściej imprezowaliśmy np. nad morzem.

– Czy często korzystaliście z usług prostytutek, Ty i Twoi koledzy?

Ja nie lubiłem korzystać z zawodowych prostytutek. Po pierwsze jakoś mnie te panie obrzydzały, a po drugie miałem wystarczające powodzenie, aby nie musieć chodzić na dziwki z Roksy. Inni znajomi z kolei mieli utrzymanki, które sponsorowali. Były to na ogół młode i ładne studentki, którym wynajmowało się fajne mieszkanie i dawało do tego tysiąc czy tam dwa tysiące „kieszonkowego” miesięcznie. W zamian miałeś taką dziewczynę praktycznie kiedy chciałeś, choć niektóre z nich miały chłopaków. Do tego mogłeś zmieniać taką pannę co kilka miesięcy, a i w łóżku też mogłeś żądać wielu rzeczy, na które nie każda kobieta się godzi, jak np. … (cenzura) … No a poza tym koniec końców taki układ wychodził niekiedy taniej niż mieć taką żonę – pijawkę, która wydaje po kilka tysięcy miesięcznie na same tylko kosmetyczki, ciuchy i tym podobne, nie dając wiele w zamian. Niektórzy z kolegów wychodzili więc z założenia, że dopóki nie znajdą sobie porządnej partnerki, to nie będę tracili czasu na związki z tzw. lambadziarami, czyli mało inteligentnymi dziewczynami, których jedynym atutem jest uroda i nic więcej. A takie, niestety, lgnęły do nas chyba najczęściej.

– Czy z takim sponsoringiem wiązały się jakieś ciekawe historie?

Niespecjalnie. W sumie najciekawsza, jaką znam, to taka, gdzie członek innej grupy VAT-owskiej sponsorował pewną studentkę prawa. Śmiał się potem podobno, że „robi sobie układy na przyszłość w prokuraturze”. Z tego, co wiem, to zainstalował on nawet kamery w pokojach i nagrywał swoje zabawy z tą dziewczyną. Czy miało to później służyć jako jakiś środek nacisku, czy może po prostu lubił sobie pooglądać swoje łóżkowe wyczyny, tego nie wiem.

– No dobrze, a czy myślałeś o tym, żeby znaleźć sobie dziewczynę na stałe?

Tak, ale wychodziłem z założenia, że powinna być to osoba wyjątkowa, a jakoś na taką nie mogłem trafić. Założyłem też, że powinna mieć jakiś majątek, zawsze to jednak lepiej. Poza tym było dużo pokus przy moim stylu życia – mieliśmy przecież wybuchowe połączenie: testosteron, narkotyki, pieniądze, dobra zabawa. Seks – i to mocno hardkorowy – był nieodłączna częścią tego świata. Ciężko było też myśleć o ustatkowaniu się, bo zawsze gdzieś z tyłu głowy była myśl: „mogą mnie zamknąć”. A jeśli nie masz nikogo na stałe, to jest łatwiej. Jednak i tak miałem w planie, aby się ustatkować, gdy już się wyszaleję i odłożę odpowiednią kwotę.

– A Twoi koledzy i znajomi z branży? Też prowadzili podobne życie?

To też różnie, ale wielu z nich miało żony czy dziewczyny na stałe. W większości je zdradzali i romansowali na boku z małolatkami czy utrzymankami, ale jednak mieli jakąś tam względną stabilizację. Z takimi przypadkami bywały też związane różne historie.

– Jakiś przykład?

Jeden z moich znajomych, pseudonim M., mocno zadurzył się w pewnej dziewczynie imieniem Ewa (imię zmienione). To była wyjątkowo atrakcyjna kobieta, do tego inteligentna – taka z najwyższej ligi, można powiedzieć. Byli ze sobą dość długo, bo około roku. Niestety, po czasie ona dowiedziała się jednak, czym tak naprawdę zajmuje się M. i skąd ma pieniądze na wystawne życie. Ewa więc najpierw powiedziała, że nie chce mieć z nim nic wspólnego, a zaraz potem po prostu się wyprowadziła. On wtedy wkurw*ł się niesamowicie, bo raz, że naprawdę mu na niej zależało, a dwa jego męską dumę podrażnił fakt, że to ona go rzuciła, a nie on ją. No więc potem dzwonił do tej dziewczyny non stop, a jak zmieniła numer telefonu, to jeździł pod dom jej rodziców i krzyczał do domofonu, żeby z nim porozmawiała. Ona nie chciała z nim gadać, no ale w końcu M. pożyczył od znajomego samochód, którego ona nie znała, poczekał trochę i złapał ją w momencie, gdy wychodziła z domu. Powiedział jej wtedy, że ją kocha i że chce tylko porozmawiać, wyjaśnić wszystko i tak dalej, a potem da jej spokój, jeśli ona będzie tego chciała. Ewa zgodziła się na spotkanie za kilka dni – i to był jej błąd.
W umówiony dzień M. podjechał autem po Ewę i wziął ją na przejażdżkę nad pobliskie jezioro pod pretekstem, że tam właśnie spędzili pierwsze wspólne wakacje czy weekend, nie pamiętam już dokładnie. W każdym razie miało to wyglądać na coś w rodzaju popołudnia wspomnień. Tyle, że chodziło tam o coś zupełnie innego. M. pojechał bowiem do pobliskiego lasu, przystawił Ewie pistolet do głowy i powiedział wprost, że albo ona z nim będzie, albo „karki” najpierw ją zgwałcą, a potem zabiją i zakopią w lesie. A jemu nikt nic nie udowodni, bo zapewni sobie alibi nie do podważenia. Wiesz, M. to był wariat – szczególnie po narkotykach – więc mogło wyglądać na to, że faktycznie wprowadzi swoje groźby w życie. Sytuacja z perspektywy tej dziewczyny mogła wyglądać naprawdę nieciekawie. Co prawda gdy M. opowiadał nam tę historię, to twierdził, że nic by Ewie nie zrobił i tylko „zagrał ostro na jej psychice”, ale wiesz… Pewności nie ma, czy by mu czasem nie odbiło, gdyby ona po tym przedstawieniu do niego nie wróciła.

– Czyli jednak znów została dziewczyną przestępcy?

Tak, byli potem ze sobą przez jakiś czas. Może on jeszcze czymś innym jej groził w tym lesie, o czym ja nie wiem, a może włączyło jej się coś w rodzaju syndromu ofiary… Ciężko powiedzieć, ale widywano ich później razem. Potem się rozeszli, ale M. szybko znalazł sobie inną, więc nie męczył już Ewy swoją osobą. Co ona dziś robi, tego nie wiem.

– Ok, skoro już jesteśmy przy tego typu tematach, to czy podobne akcje zastraszania kobiet były na porządku dziennym w środowisku?

Ja osobiście słyszałem tylko raz, jak zazdrosny mąż wywiózł żonę do lasu i groził jej co najmniej ciężkim pobiciem. Ale to i tak nic w porównaniu z akcjami, o których opowiadali nam starzy gangsterzy, czyli goście, którzy działali w grupach przestępczych jeszcze w latach 90.

– Czy możesz opowiedzieć coś więcej na ten temat?

W sumie to jeden ze znajomych opowiadał mi o takiej akcji sprzed lat, gdzie żona chciała zostawić pewnego miastowego, co to później też robił w branży VAT – zresztą jak chyba większość ważniejszych gangusów z tego miasta. Tak więc facet też pojechał z żoną do lasu, gdzie już czekało kilku „karków” w kominiarkach oraz pewna prostytutka, która za odpowiednią opłatą miała udawać, że jest gwałcona przez tych zamaskowanych facetów. No i przedstawienie się rozpoczęło, a żona tego gościa musiało na to patrzeć. Na koniec pokazu facet powiedział jej, że z nią stanie się tak samo, jeśli ona od niego odejdzie. No i została, przynajmniej na jakiś czas. I nie ma się chyba co dziwić, bo widok czegoś takiego potrafi zniszczyć psychicznie mocniej niż najbardziej realistyczne groźby, czy nawet pobicie.

– Szczerze mówiąc brzmi to jak wymyślona historia z taniego filmu sensacyjnego.

Być może, ale takie były czasy kiedyś, że szło się na ostro także w sprawach damsko – męskich. Żeby jednak była jasność, to za prawdziwość tej opowieści nie mogę ręczyć, bo słyszałem o tym z tzw drugiej ręki. Ale za to co do innych akcji, to jestem już pewien, że miały miejsce. Przykładowo jeden z kolegów z mojej grupy opowiadał mi o pewnej imprezie, na której wszyscy zdrowo sobie przygrzali. Dziewczyny na prochach tańczyły rozebrane, a jedną z nich wyrzucili dla zabawy nagą przez okno, z pierwszego piętra. No a potem śmiali się widząc, jak ona idzie na pobliską stację benzynową, żeby zdobyć jakieś ubranie. Co ciekawe, ta dziewczyna po takiej akcji jeszcze wielokrotnie z nimi imprezowała. Innym znów razem jeden stary garus, pracujący potem dla kolegi, siedział akurat w więzieniu, a w tym czasie jakiś małolat „obrabiał” mu młodą dziewczynę. Kiedy garus wyszedł, to dowiedział się o wszystkim. Małolatowi złamali szczękę i ostro przekopali, a dziewczyna została wyrzucona z mieszkania. Ale zanim do tego doszło, musiała publicznie zrobić loda temu garusowi na schodach wiodących na piętro dyskoteki. Wiesz, ludzie chodzili obok, a ta… No taka była kara za niewierność – oczywiście pod groźbą, że jak tego nie zrobi, to ją potną lub coś w tym stylu. Generalnie jednak takie akcje odchodziły z 15 – 20 lat temu – teraz już się to wszystko nieco ucywilizowało, tak bym to określił. Tak czy inaczej nie słychać już na mieście o podobnych sytuacjach.

– Cóż, totalna patologia, nie ma co. Ale dobrze, zostawmy stare czasy i wróćmy do obecnych kobiet VAT-owców. Powiedz mi, czy partnerki Twoich kolegów z ekipy wiedziały, czym naprawdę zajmują się ich faceci?

Co do patologii, to masz rację. Odnośnie reszty natomiast, to z tego, co wiem, to na ogół tak, one wiedziały lub przynajmniej się domyślały. Ale często były to kobiety dość specyficzne, można powiedzieć, że wychowane w takich klimatach. Przykładowo narzeczona jednego z kolegów z ekipy była córką znanego na mieście gangstera. Dla niej to, że jej facet popełniał przestępstwa, było czymś zupełnie normalnym. Wręcz była dumna z tego, że kolega jest taki zaradny i dobrze kombinuje.

– Ok, ale niektórym jednak przeszkadzało bycie dziewczyną gangstera?

Możliwe. W praktyce jednak chyba rzadko bywało tak, że te kobiety decydowały się odejść – przynajmniej dopóki dany gość nie zaliczył dłuższego aresztowania i konfiskaty majątku. Dlaczego tak? A chociażby dlatego, że ciężko byłoby tym paniom znaleźć nowych partnerów będących w stanie zapewnić im życie na tak wysokim poziomie. Forsa jednak uzależnia – szczególnie cudza, gdy samemu nie bardzo się umie ją zarabiać. Zresztą, tak po prawdzie, to niektóre z tych kobiet też miewały ostre wyskoki. Przykładowo jedna znajoma po pijanemu opowiadała mi, jak to jeździły w kilka dziewczyn na imprezy do Poznania, gdzie nikt ich nie znał. Tam podrywały młodych i atrakcyjnych chłopaków, których zabierały na hotel i… Nie muszę chyba opowiadać, co się tam działo. A ich faceci – gangsterzy siedzieli wtedy w domu lub zabawiali się ze studentkami. Często więc te związki były bardziej układami, gdzie on i ona byli ze sobą chociażby dla wygody czy dobra dzieci (o ile je mieli). Oczywiście, czasem coś się psuło, ale jak to w związku zwykle bywa, na ogół idzie się dogadać.
Przykładowo kolega z ekipy nie mógł się porozumieć z żoną – ciągle miała do niego pretensje o to, że mało o nią dba, a do tego ją zdradza (co akurat było prawdą). Kolega więc pewnego razu mocno się zdenerwował i zaczął jej pakować walizki. Następnie wyrzucił rzeczy na podwórko przed domem i powiedział, że jak tak, to ma wypi*rdalać z powrotem do matki na blokowisko albo gdziekolwiek indziej. I że jej BMW jest na niego, więc ona na pewno go nie zabierze. O kasie na konto co miesiąc też może zapomnieć. Poskutkowało, a ona zaczęła być dla niego miła na tyle, że mógł liczyć chociażby na… (cenzura Facebook) …, na co wcześniej nie była zbyt chętna.

– Dość perwersyjnie, muszę przyznać…

Powiem tak: po narkotykach dziewczyny potrafią zrobić wiele rzeczy, na które normalnie w życiu by się nie zgodziły. Pamiętam do dziś imprezę urodzinową wyprawianą w willi jednego z naszych szefów…

Uwaga

Elementy obyczajowe znajdziecie także w wywiadach z VAT-owcami, czyli osobami działającymi w grupach przestępczych zajmujących się wyłudzeniami podatku VAT. Poniżej macie właśnie fragment jednego z nich, również nieobrobiony i przed korektą.

Rozdział XX

– Czy temat temat VAT-u pojawił się zaraz po Twoim powrocie na przestępczą ścieżkę?

Tak, to było właśnie wtedy. Ja wiedziałem, że goście, dla których wtedy pracowałem, zajmują się interesami związanymi z VAT-em. Mieli własne skupy złomu, kontrolowali też inne – ogólnie to się dobrze kręciło, mieli pieniądze patrząc z perspektywy drobnego złodziejaszka, którym wtedy byłem.

– W jakich branżach obracała się Twoja ekipa, jeśli chodzi o VAT?

Obrót metalami, a potem tzw. spożywka, czyli napoje i słodycze. W sumie standardowo, można by powiedzieć. Wiadomo, że do tego typu działań potrzeba było spółek. My mieliśmy ich grubo ponad setkę, z czego co kilka miesięcy trzeba było wiele odnawiać, bo były już namierzane przez skarbówkę. No więc chłopaki potrzebowali prezesów – i to właśnie było moje zadanie.

– Czyli zacząłeś od werbowania prezesów… Jak to wyglądało w praktyce, skąd ich braliście?

Powiem tak: w przypadku kogoś takiego, jak ja, to nie był wielki problem. Przez długie lata nawiązywałem różne znajomości z ludźmi, którzy raczej stronili od uczciwej pracy. Przykładowo spędzałem masę czasu w barach i na dyskotekach, gdzie kręciły się chłopaki bez kasy i bez roboty, a za to z apetytem na kolejną porcję amfetaminy i na zaliczenie kolejnej panienki, co wymagało inwestycji w taksówkę, hotel i tak dalej. Tacy właśnie ludzie byli bardzo dobrym materiałem na prezesów, bo wystarczyło dać im po kilka tysięcy na miesiąc. Taka forsa umożliwiała im nic nierobienie i balowanie, więc z chęcią zakładali firmy na siebie i podpisywali faktury.

– Więc to nie byli wcale bezdomni degeneraci ani kryminaliści?

Powiem Tobie, że śmiać mi się chce, jak te głupoty w mediach czytam typu „słupy za 100 złotych znalezione na dworcu”. Jacy tam znowu bezdomni, jak to najczęściej osoby z zapapraną kartoteką, którzy nie mogliby utworzyć spółki na siebie, do tego jeszcze ścigani przez komorników i tak dalej. Jak to się mówi: niefart się za takimi ciągnie, więc nie ma sensu z nimi współpracować.

– Czyli osoby z komornikiem na karku odpadali jako prezesi? Sprawdzaliście to jakoś?

To też nie było tak do końca, że od razu odpadali – zależy do jakiej roli byli przeznaczeni i od rodzaju zadłużenia. Jeśli były to zaległości w ZUS i Urzędzie Skarbowym, to odpuszczaliśmy takiego klienta, bo mógłby być szybko namierzony. A jeśli chodzi o długi w Providentach, niepopłacone rachunki za telefon itd., to czasem brało się takiego asa na prezesa jakiejś firmy, która np. znikała bez składania kwartalnego rozliczenia. Bo tutaj jak nawet komornik się dowiedział po czasie, to i tak nie było czego zajmować. A co do sprawdzania, to powiem tak: mieliśmy odpowiednie wejścia, aby to zrobić i to niech wystarczy za odpowiedź.

– Dobrze, wobec tego powiedz mi, ilu tych prezesów zwerbowałeś?

Dokładnie nie liczyłem, ale myślę, że około 50. Do tego dochodzili jeszcze inni prezesi oraz właściciele realnie działających firm, których ja jednak nie werbowałem.

– Ok, a jak wyglądał taki przeciętny schemat werbunku, tak to nazwijmy?

Często to było po prostu tak, że siedziałem sobie w barze, piłem colę albo piwo, przysiadał się jakiś znajomy, a ja go pytałem, czy nie chce dobrze zarobić, albo czy nie zna kogoś, kto chce dobrze zarobić. Oczywiście nie mówiłem, że ja mam z tym coś wspólnego, tylko że znam kogoś, kto szuka pewnych ludzi. To wystarczyło, aby znaleźć chętnych – oczywiście przy założeniu, że miało się tylu znajomych, co ja. Gdyby przykładowo chciał tak zrobić jakiś normalny, przypadkowy człowiek, to tak szybko by prezesów nie znalazł. W końcu nie robi się interesów, a już zwłaszcza takich, z kimś, kogo się totalnie nie zna. Mnie natomiast kojarzyli jako stałego bywalca lokali, do tego z dobrą opinią w kryminalnym półświatku, więc miałem stosunkowo łatwo.

– A czy mówiłeś już na samym początku co to za praca? Niektórzy mogli bowiem pomyśleć sobie np., że werbujesz ludzi do zbioru truskawek w Niemczech.

Wstępnie, ale bez szczegółów, mówiłem o co chodzi, bo to i tak by wyszło. Najczęściej sprzedawałem historię, że znajomy nie może sam prowadzić firmy, gdyż jest karany, więc szuka kogoś, kto będzie figurował w papierach jako prezes. No i że ta firma będzie normalnie zarabiać – bez żadnych wyłudzeń kredytów, brania telefonów w abonamencie i tak dalej. Te telefony i kredyty to był już spalony temat, bo ludzie się nasłuchali o tym i bali się w to wchodzić. Potem dowiadywali się, że tu chodzi o VAT, ale większość się godziła.

– Dobrze więc, a czy ci ludzie byli świadomi tego, co im grozi w związku z uczestnictwem w tym procederze?

Zdecydowana większość nie, a przynajmniej sprawiali takie wrażenie. Zresztą wciskaliśmy im różne bajki, że niby nie będą za nic odpowiadać. Przykładowo mówiliśmy takiemu prezesowi, że jak podpisze umowę, że prowadzi tylko rejestruje firmę i prowadzi ją w czyimś imieniu, to wtedy nic mu nie zrobią. No a potem przebieraliśmy jednego gościa z naszej ekipy w garnitur, po czym udawał adwokata i rzekomo prawnie to wszystko poświadczał, to znaczy tę umowę i to, że tak niby można. Oczywiście w tej umowie dane tego gościa, na zlecenie którego niby była prowadzona ta firma, były totalnie przypadkowe, a za to dane prezesa prawdziwe, z dowodu osobistego. Dzięki temu potem, podczas przesłuchań w urzędzie skarbowym, prezes nawet nie wiedział kogo „sprzedać” – co najwyżej mógł pokazać bezwartościową umowę ze zmyślonymi danymi.

– I chcesz mi powiedzieć, że faktycznie ktoś się na taki teatrzyk nabierał?

Chyba Cię to nie dziwi, co? Przecież ci prezesi to byli w większości ludzie, którzy nawet zawodówek nie pokończyli, a do tego ćpali co tydzień, a pili praktycznie codziennie, więc czego się spodziewałeś? Oni nie mieli totalnego pojęcia o prawie ani o niczym takim – można im było w zasadzie każdy kit wcisnąć.

– Ok, teoretycznie jednak mogli to zweryfikować w Internecie…

Teoretycznie – w praktyce wielu w ogóle nie potrafiłoby pewnie komputera włączyć, a przypomnę, że to działo się ładnych kilka lat wstecz, gdzie Internet nie był aż tak bardzo powszechny, jak dziś. Poza tym to były głąby, które do dziesięciu ledwo potrafiły zliczyć. Przykładowo jeden pytał się mnie kiedyś, ile z tego biznesu może dostać. Ja mu na to, że tak: VAT-u jest 23%, no to dla nas (to znaczy dla mnie i dla niego) przypadnie z biznesu 5%, więc 2% mu mogę odpalić. On na to, że ok, że jak mu dam 2% od tych 23%, to będzie dobrze i on się zgadza. Czyli sam się „wyjebał” mówiąc krótko, bo przecież ja mu miałem dać 2% od wartości netto faktury, a nie od tych 23% VAT-u. No, ale jak się tak zakręcił, to jego strata – więcej dla mnie zostało. Jak więc widzisz, takimi głąbami można było łatwo manipulować.

– Dobrze, a nie bałeś się, że koniec końców ci prezesi nie zaczną w końcu sypać, gdy skarbówka i policja przyciśnie ich do muru?

Jak to mówią: kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Ja już wtedy byłem na takim etapie życia, że miałem dosyć tych całych drobnych przekrętów i kombinowania. Byłem gotowy na to, żeby dużo zarobić przez rok – dwa, a potem mogli mnie zamykać, nawet na kilka lat. Byleby po wyjściu czekało na mnie chociaż z milion, abym mógł się faktycznie wyrwać z tej biedy i otworzyć wtedy jakiś własny biznes, coś w tym stylu. Praca dla kogoś na etacie jako zwykły „robol” to absolutnie nie było coś dla mnie. To wszystko nie oznaczało oczywiście, że nie podejmowałem żadnych środków ostrożności! Nigdy nie podawałem prezesom swojego nazwiska ani większej ilości szczegółów z mojego życiorysu – właściwie to znali mnie jedynie z mojej ksywy i imienia, no i oczywiście wygląd też mogli określić. Poza tym nie wiedzieli, gdzie mieszkam, z kim pracuję itp.

– Przyznasz, że to jednak zbyt mało, aby uniknąć namierzenia przez służby w przypadku, gdyby prezes zdecydował się jednak iść na współpracę?

No tak, oczywiście, że tak – gdyby prezes poszedł na układ, to bardzo możliwe, że „psy” by mnie dorwały. I dlatego szukałem takich chłopaków, którzy byli na swój sposób przesiąknięci subkulturą ulicy, czy też więzienną, jak kto woli – wiesz grypsowanie jest fajne i te sprawy, CHWDP, za sprzedawanie na „psach” ch*j w dupę i tak dalej. Nie to, że ci prezesi sami siedzieli w więzieniu, ale mieli światopogląd grypsujących – przynajmniej powierzchownie tak to wyglądało. To młode chłopaki były i wydawało im się, że świat przestępczy to są jakieś zasady i tak dalej. Tak więc dla nich współpraca z policją to było coś bardzo złego i niektórzy naprawdę woleli twardo milczeć niż zeznawać.

– Więc wierzyli, chociaż zarówno Ty jak i ja wiemy, że te wszystkie opowieści o „ludziach honoru”, „zasadowcach” itd. to bajki…

Co ja mam powiedzieć – pewnie, że bajki. Tak naprawdę wierzą w to jełopy, których szczytowym osiągnięciem jest np. napadnięcie na kogoś, wymuszenie haraczu i tym podobne akcje. Ja też kiedyś w to wierzyłem, jak byłem młody. A potem widziałem, jak ostre bandziory szły na współpracę w policją. I wiesz co? Na ogół nikt im nic za to nie robił – ot, najwyżej jakiś dzieciak napisał sprayem na murze, że ten czy tamten to konfident i tyle. Ok, dobra, widziałem jak jednego takiego gangusa, co to poszedł na współpracę, na spacerniaku w areszcie śledczym przekopało kilkunastu chłopa, ale co z tego? Po kilku miesiącach wyszedł, teraz normalnie biega po mieście i jest zarobiony, a goście, których sprzedał, pewnie siedzą do dziś. Bo tak naprawdę jak się jest już na pewnym poziomie, ma się dom, niezłą kasę, jakąś rodzinę, to potem ciężko się tego tak nagle wyrzec i iść za kraty na ileś tam lat. Człowiek, który myśli, wie, że lepiej pójść na układ z „psami” i niech ktoś inny pójdzie siedzieć. No a jak ktoś jest menelem, który i tak nie ma nic do stracenia, to się może bawić w zasady – a potem wjeżdża taki na kryminał pusty w ryj (tzn. kompletnie bez pieniędzy) i żebrze o papierosa.

– Coś jeszcze opowiesz o tych prezesach w kontekście ewentualnego zatrzymania?

Było tak: mówiłem im, że jeśli w razie przypału (tj. aresztowania) nie będą się do niczego przyznawać i pokażą np. tę umowę, o której mówiłem wcześniej, że rzekomo prowadzili firmę tylko jako figuranci, to tak naprawdę nic im nie zrobią i wypuszczą po paru miesiącach. No a do tego zapewnimy im jeszcze adwokata, paczki do więzienia, a po wyjściu kasę na start.

Dalszy ciąg znajdziecie już książce

Dziś wrzuciłem te nieco łagodniejsze fragmenty. Oczywiście nie spodziewajcie się tego, że cała książka będzie tak wyglądać, bo dla mnie kluczowe i tak są kwestie merytoryczne. Tzw. „obyczajówka” stanowić będzie tylko dodatek, coś w rodzaju przyprawy, aczkolwiek dla niektórych zapewne będą to interesujące rozdziały. Odnośnie zaś rozpoczęcia przedsprzedaży książki, to na pewno dam info w bieżącym tygodniu.

Zdjęcie ilustrujące wpis jest poglądowe! Osoby, rzeczy lub sytuacje przedstawione na zdjęciu NIE mają bezpośredniego związku z treścią niniejszego wpisu!