Rybne oszustwa, czyli wpis wprost z sezonu ogórkowego

Lato w pełni, więc wielu z nas chilluje się nad morzem, zajadając się przy tym smacznymi rybkami z lokalnych smażalni. Niestety, nie zawsze jest to bezpieczne, gdyż ryby są chyba jednym z najczęściej fałszowanych (oszukanych?) produktów spożywczych. Już nawet pal licho, że niektórzy restauratorzy oszukują na wadze i że mrożona panga udaje kilkanaście innych, zwykle dużo droższych, gatunków ryb. W grze są dużo większe przewałki, jak chociażby schemat oszustwa, jaki miał miejsce w pewnym zakładzie przetwórstwa x-lat temu.

 

Jak zostać rybnym baronem

Janusz – Fish (nazwa zmieniona) była prężnie rozwijającą się firmą z branży spożywczej, która zajmowała się przetwórstwem ryb. Na rodzimym rynku biznes szedł jako – tako, więc szef Janusz – Fish-u z łezką w oku spoglądał na rynek niemiecki, słynący ze swych wspaniałych możliwości. Po pewnym czasie pojawiła się możliwość ekspansji w postaci kontraktu sprzedażowego z niemiecką siecią handlową. Mocno podekscytowany Szef Janusz – Fish-u zaczął więc kombinować, skąd wziąć tani towar, na którym będzie można dobrze zarobić. Jego nos, zwykle niezawodny w wywęszaniu niesamowitych okazji biznesowych, zasugerował mu kierunek turecki, gdyż tamtejsze hodowle szykowały się właśnie do podboju unijnych rynków i dzięki niskim kosztom mogły zaoferować tanie ryby. Wybór padł na pstrągi wędzone – smaczne, zdrowe i dające możliwość zastosowania niezłych marż. Niestety, Niemiec, panie szanowny, ryby byle skąd nie zje – jak nie będzie ona z jakiegoś cywilizowanego kraju, to nie kupi i już. Co zatem robić…

 

Z ziemi tureckiej do Niemiec

W głowie szefa Janusz – Fish-u zrodził się więc iście szatański plan: przywieziemy pstrągi z Turcji, a potem przepakujemy je w opakowania, na których jako kraj pochodzenia będą widniały Polska oraz Hiszpania! Tak jest, tym sposobem Helmuty kupią naszą smaczną rybkę i sobie ją zjedzą – a że będzie ona nie z tego kraju, co myśleli, to cóż… Ryba jest ryba i nie ma co się czepiać szczegółów. Tak więc nasz przedsiębiorczy biznesmen zamówił partię towarów u tureckiego kontrahenta i czekał z utęsknieniem na jej przybycie. Jednak zanim jeszcze pstrągi przybyły do przetwórni, pracownicy Janusz – Fish-u otrzymali szczegółowe instrukcje na temat fałszowania kraju pochodzenia produktów na opakowaniach. Rzecz jasna były to wytyczne niejawne, aby nie zostawiać brudów w dokumentach związanych z kontrolą jakości. Co ciekawe, szeregowych pracowników niespecjalnie takie fałszerstwa obchodziły – zwłaszcza, że towar i tak szedł na rynek niemiecki, a Niemcy w naszym kraju nie cieszą się w niektórych kręgach jakąś szczególną sympatią.

Proceder trwał więc sobie kilka lat, w trakcie których Janusz – Fish przechodził kontrole z Powiatowego Inspektoratu Weterynarii oraz Wojewódzkiego Inspektoratu Jakości Handlowej Produktów Rolno – Spożywczych. Kontrole jednak nie wykryły fałszerstw, choć w dokumentach dotyczących danej partii surowca wpisywano rzeczywisty kraj pochodzenia ryb (czyli Turcję), a na opakowaniach widniały już etykiety „Kraj pochodzenia: Polska” bądź „Kraj pochodzenia: Hiszpania”. Tak się jednak jakoś stało, że kontrolerzy nie wyłapali tych niezgodności.

Wiadomo, że bezkarność rozzuchwala, więc pewnego dnia szef Janusz – Fish-u postanowił „zagrać na ostro” i okazyjnie zakupić partię pstrąga wędzonego z Turcji, które to pstrągi były już obrandowane przez innego producenta. W wyniku tych knowań, pewnej październikowej nocy na magazyn firmy Janusz – Fish przywieziono kilkanaście tysięcy zamrożonych jednostkowych opakowań pstrąga wędzonego po 125 gram każde. No i tutaj pojawił się mały problem, gdyż na niektórych opakowaniach widniał czerwcowy termin przydatności do spożycia, a mieliśmy przecież październik! Co ciekawe, w dokumentach dotyczących dostawy nie było w ogóle żadnej daty przydatności – i weź się pan domyślaj teraz… Tak czy inaczej magazynier pracujący na pierwszej zmianie przyjął tę dostawę pstrągów na magazyn i zaczął sprawdzać ją pod względem ilości oraz temperatury przechowywania. Niestety, nie zgadzała mu się ilość ryb faktycznie przywiezionych z ilością widniejącą w papierach, więc przekazał temat dalej, a konkretnie do kierownika magazynu. Kierownik magazynu również nie sprawdził terminu przydatności do spożycia tych ryb, jak i nie wypełnił karty oceny surowca. Zamiast tego cały otrzymany towar został wydany na linię produkcyjną w trakcie drugiej zmiany.

No i tak się jakoś pechowo (?) złożyło, że na tej drugiej zmianie nie pracował żaden specjalista z działu kontroli jakości. Zamiast nich do akcji wkroczył jednak szef całej zmiany, który polecił natychmiast przepakować ryby w opakowania oznaczone logiem Janusz – Fish. Ryby zostały więc rozmrożone, a potem szef zmiany degustował zawartość kilku tacek niczym Magda Gessler. W odróżnieniu od kulinarnej celebrytki uznał jednak, że odmrożone pstrągi są smaczne i mogą być spokojnie przepakowywane. No, może nie wszystkie, gdyż po rozmrożeniu okazało się, że niestety część tacek była nieszczelna, a ryby na nich są pokryte zielonym nalotem, co dyskwalifikowało je z dalszego obiegu. Szef zmiany zachował na tyle rozumu i godności człowieka, że kazał to zutylizować jako odpad.

Jednak większa część pstrągów, które nie śmierdziały ani nie przejawiały jakichś dramatycznych oznak zepsucia, została przepakowana. No i to już tak średnio, gdyż ciężko na podstawie samych tylko testów organoleptycznych stwierdzić, czy w rybach czasem nie rozwijają się już bakterie – w początkowych etapach gnicia zmiany polegają np. na zwiększonej suchości towaru i zmniejszonej soczystości tkanki. Czyli nie ma smrodu i zielonego nalotu. Do tych niedostatków kontrolnych (delikatnie rzecz ujmując) doszedł jeszcze jeden mały szczegół: daty przydatności do spożycia zostały ustalone na listopad, choć na niektórych kartonach widniał jak byk czerwiec. Oczywiście jako kraj pochodzenia towaru zadeklarowano Polskę, a spolonizowane pstrągi następnie pojechały sobie do Niemiec. No cóż, smacznego… Nie wiadomo niestety, czy jakiś Helmut znacząco ucierpiał po spożyciu turecko – polskiej rybki, ale jakieś sensacje żołądkowe mogły tam wystąpić.

 

Bunt pracowników

Tak czy inaczej to zdarzenie z przepakowaniem nie najświeższych pstrągów było tym, które przelało czarę goryczy. Pracownicy złożyli więc anonimowe doniesienie, co poskutkowało wejściem na zakład kontroli, która wykryła opisane powyżej nieprawidłowości. Oczywiście szef Janusz – Fish-u bronił się przed zarzutami argumentując, że to nie tak, że to drobne niedopatrzenia dotyczący tylko jednej partii i normalnie jego firma jest wzorem oraz przykładem w branży przetwórstwa rybnego. Niestety, sąd nie dał wiary tym wyjaśnieniom i uznał naszego rybnego biznesmena za winnego zarzucanych mu czynów. Kara? Warunkowe umorzenie postępowania karnego na okres próby 2 lat oraz 30 tys. PLN do zapłaty na cele dobroczynne. Surowo to, czy nie, to niech już każdy osądzi sobie we własnym zakresie.

Na zakończenie dodam jeszcze, że jeśli ktoś z szanownych Czytelników ma do opowiedzenia jakąś ciekawą historię związaną z fałszowaniem żywności, to niech śmiało pisze: kontakt@bialekolnierzyki.com Anonimowość zapewniona.

 

Zdjęcie ilustrujące wpis jest poglądowe! Osoby, rzeczy lub sytuacje przedstawione na zdjęciu NIE mają bezpośredniego związku z treścią niniejszego wpisu!

Faktoring – schematy oszustw

Dawno, dawno temu pisałem na temat wyłudzeń kredytów, które – wbrew opinii co poniektórych – wcale nie zniknęły z repertuaru przestępców w białych kołnierzykach. Natomiast dziś opowiem o pokrewnym rodzaju oszustw, które mają miejsce przy wykorzystywaniu faktoringu. Czym jest faktoring, tego akurat nie będę Wam tłumaczył, lecz przejdę od razu do meritum.

 

 

Przykładowy schemat oszustwa faktoringowego

Był sobie pewien biznesmen, który znał nieźle realia funkcjonowania branży finansowej. Otworzył więc spółkę X, po czym zwerbował do współpracy firmy, które wystawiały tej spółce faktury bez pokrycia w towarze, jak również fakturowały się między sobą, generując tym samym obroty. Co dość istotne, schemat był opracowany tak, aby nie trzeba było występować o zwroty VAT-u, co zapewniało względny spokój ze strony urzędu skarbowego. Wolumen generowanych w ten sposób obrotów w szczytowym momencie dobijał do kilkunastu milionów PLN rocznie.

Co się działo dalej?

Spółka X wyglądała na wiarygodną w oczach firm faktoringowych, więc te finansowały faktury firmom A, B, C, na których dłużnikiem była właśnie spółka X. W praktyce wyglądało to tak, że spółka A wystawiała spółce X fakturę za dostarczony towar, spółka X robiła przedpłatę 20% na konto spółki A, a firma faktoringowa finansowała pozostałe 80% faktury przelewając pieniądze na konto spółki A – schemat powtarzał się przy kolejnych spółkach B, C, i tak dalej. Do pewnego czasu spółka X oczywiście spłacała wspomniane 80% firmie faktoringowej, ale w pewnym momencie schemat się wysypał. Spółka X po prostu stwierdziła, że nie ma pieniędzy na skutek niezapłacenia należności przez jednego z kontrahentów i przestała spłacać firmy faktoringowe. Praktycznie równolegle zmienił się prezes spółki X, a następnie została ona „położona” w sposób klasyczny, czyli poprzez pójście w upadłość. Kurtyna.

Gdzie w tym schemacie były pieniądze?

Zysk stanowiły środki, które firmy faktoringowe (faktorzy) wypłaciły spółkom A, B oraz C w finalnej serii transakcji, czyli wspomniane 80% z naszego przykładu. Kwoty te, po odliczeniu „prowizji” dla spółek A, B oraz C, jak również po potrąceniu opłat pobieranych przez faktorów, stanowiły zysk naszego sprytnego przedsiębiorcy. Według mojej wiedzy powtarzał on zresztą ten sam manewr kilkukrotnie przy pomocy kolejnych spółek X, za każdym razem wzbogacając się o kwotę z sześcioma zerami z tyłu.

 

 

Różne schematy oszustw faktoringowych

 

Karuzela

Nazwa dobrze znana wszystkim miłośnikom podatku VAT, ale w przypadku faktoringu również funkcjonuje. Wygląda to tak, że towar krąży pomiędzy kilkoma firmami, niekiedy w oparciu o podrobione dokumenty przewozowe lub też np. na paletach znajdują się towary o wielokrotnie niższej wartości niż ta deklarowana na fakturach – ważne jednak, że wiarygodna firma przewozowa dostarcza dokumenty. Towar i tak na sam koniec często wraca do punktu wyjścia, czyli do firmy – faktoranta. W ten sposób sztucznie generuje się obroty, które umożliwiają wzięcie faktoringu (rzecz jasna nigdy nie spłacanego).

 

Dublowany faktoring

To stosunkowo proste oszustwo, gdzie firma X bierze faktoring na tę samą fakturę od kilku firm, oczywiście ich o tym nie informując. Jak to możliwe, czy firmy faktoringowe nie mają wspólnej bazy umożliwiającej wymianę informacji na temat zawartych umów i faktur? Powiem tak: jest na tym polu wiele do zrobienia, ale z różnych względów byłby to trudny projekt.

 

Anulowana faktura

Firma A ma dostarczyć dużą partię towaru do firmy B – wiarygodnego przedsiębiorcy z doskonałą historią kredytową. Firma faktoringowa kontaktuje się wcześniej z firmą B i pyta, czy rzeczywiście kupiła ona towar od firmy A. B potwierdza, więc faktor wypłaca firmie A 80% wartości faktury. Przy terminie płatności okazuje się jednak, że zamówienie zostało anulowane, a firma A „zapomniała” powiadomić o tym faktora. Firma faktoringowa stara się więc ściągnąć od A należne pieniądze, ale okazuje się, że na kontach pustka i idziemy w upadłość, ewentualnie porzucamy spółkę na pastwę losu. Bywa i tak, że tuż przed takim numerem w spółce A zmienia się prezes – oczywiście na typowego słupa.

 

 

Oszustwa związane z fałszowaniem faktur

 

Schemat nr 1

Pan X prowadził firmę transportową – akurat w tej branży terminowe płatności nie są oczywiste, skutkiem czego na pieniądze czeka się nawet kilka miesięcy i łatwo stracić płynność finansową. Pan X zawarł więc umowę z firmą faktoringową na takiej zasadzie, że to on ściągał pieniądze od dłużników i składał sprawozdania z tym związane.

Dłużnicy regulowali swoje zobowiązania, a na koniec miesiąca Pana X wysyłał raporty do firmy faktoringowej, w których było zestawienie inkasa pobranego od dłużników oraz nowe faktury do faktoringu. Firma faktoringowa robiła kompensatę tych dwóch kwot i wypłacała lub pobierała saldo. Taki system raportów i kompensat działał przez kilka miesięcy.

Pewnego dnia Pan X miał nieprzewidziane wydatki, na które brakło mu pieniędzy, więc postanowił „pożyczyć” sobie pieniądze od faktora w bardzo prosty sposób, czyli przesyłając mu sfałszowaną fakturę. Faktor wypłacił na jej podstawie standardowe 80% wartości, Pan X był zadowolony.

Oczywiście te pieniądze ze sfałszowanej faktury trzeba było oddać faktorowi, więc Pan X „wyprodukował” kolejną fałszywą fakturę. Za otrzymane pieniądze spłacił pierwszą sfałszowaną fakturę, odraczając tym samym wyrok – klasyczne rolowanie długu, które ma miejsce chociażby w przypadku osób spłacających „chwilówkę” kolejną „chwilówką”.

Łatwa forsa uzależnia, więc Pan X zaczął produkować kolejne faktury, w coraz większych kwotach, aby pokryć koszty faktoringu. Firma faktoringowa zauważyła, że klient robi coraz większe obroty, ale ponieważ faktury były spłacane, dalej finansowała schemat. Wreszcie jednak przyszedł kres tej zabawy: analityk z firmy faktoringowej zorientował się, że coś jest nie tak, po czym przeprowadzono kontrolę, która zdemaskowała oszustwo.

 

Schemat nr 2

Występuje tu tzw. podmianka faktury. W praktyce wyglądało to tak, że firma A, czyli dostawca, wystawiała firmie B, czyli odbiorcy, fakturę np. na 100 tys. PLN – kwota była jednak zawyżona o jedno zero, co w razie pytań przedstawiano jako oczywistą omyłkę pisarską. Jednocześnie wystawiana była faktura korygująca na właściwą kwotę, czyli na 10 tys. PLN, trafiała ona także do firmy B. Jednak do firmy faktoringowej (czyli faktora) od firmy A szła faktura pierwotna opiewająca na 100 tys. PLN, niby omyłkowo. No i teraz mieliśmy dwa możliwe scenariusze rozwoju sytuacji:

Scenariusz 1

Firma faktoringowa w trakcie czynności sprawdzających wyłapywała niezgodności w kwotach faktur (dostawca i odbiorca mieli inne kwoty). W takim układzie numer nie przechodził, a wytłumaczeniem oszustów była rzekoma pomyłka w kwocie i wysłanie nieprawidłowej faktury.

Scenariusz 2

Faktor nie sprawdzał u dłużnika wysokości długu – w praktyce niektóre firmy faktoringowe polegają wyłącznie na dokumentach dostarczanych przez ich klientów. Poza tym nawet sprawdzenie u dłużnika nie zawsze zapewniłoby bezpieczeństwo, gdyż słyszałem o przypadkach, gdzie oszuści stosowali dodatkowo „podmianki” pracowników dla celów weryfikacji. Wyglądało to np. tak, że w firmie B, czyli u odbiorcy, pracę zaczynała nowa osoba – nazwijmy ją Mirek. Kiedy faktor kontaktował się z tą firmą celem potwierdzenia zgodności kwot na fakturze, Mirek potwierdzała, że owszem, zgadza się – 100 tys. PLN. Wkrótce po takim potwierdzeniu Mirka zwalniano, a na jego miejsce wskakiwał ktoś inny. Tak czy inaczej niezgodności nie wyszły chwilowo na jaw, a pieniądze trafiały na konto dostawcy (firma A). Firma B z czasem spłacała kwotę 10 tys. PLN, a więc wielokrotnie niższą niż ta widniejąca na fakturze przesłanej faktorowi przez firmę. Faktor zwracał się z prośbą o wyjaśnienie sytuacji, no i schemat w tym momencie się wysypywał. Zdarzało się tak, że firma A na tym etapie była już niekiedy niewypłacalnym „krzakiem”. Firma B z kolei zwalała winę na niekompetentnego pracownika Mirka, który rzekomo się pomylił i w trakcie weryfikacji podał faktorowi zawyżoną kwotę na fakturze.

 

Etap przygotowawczy

Aby zminimalizować ryzyko szybkiego wykrycia takiego schematu, firma A wystawiała na początku rzetelne faktury i nie dawała podstaw do podejrzeń faktorowi. Potem przychodził etap testowania, czyli szła zmieniona faktura na małą kwotę – i patrzymy co się stanie i czy firma faktoringowa wyłapie niezgodność w fakturach. Jeśli nic nie wyszło, to można było podejść pod większe kwoty – aż do wykrycia schematu, bo to w końcu następowało.

 

 

Czy oszustwa faktoringowe są w Polsce popularne?

Ciężko jest mi to jednoznacznie stwierdzić, ale zgodnie z moją wiedzą nie jest to temat tak powszechny, jak wspomniane na samym początku wyłudzenia kredytów. Faktoring w polskich realiach jest o wiele mniej popularny niż klasyczne kredyty, poza tym patrząc pod kątem ułożenia przestępczego schematu jest z nim trochę zabawy i trzeba dobrze znać system oraz umieć planować posunięcia. Tak czy inaczej potencjał jest – nie tylko przestępczy zresztą, bo jeśli ktoś z Was akurat potrzebuje dobrej oferty faktoringowej lub pieniędzy, to również możemy pomóc. Tak się bowiem składa, że ekipa Białych Kołnierzyków powiększa się o specjalistów ds. finansowania, więc jesteśmy w stanie zaoferować zarówno kredyty bankowe (również dla tych, którzy mają problemy), jak i finansowanie pod zastaw nieruchomości na dobrych warunkach. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to może śmiało pisać na adres: finansowanie@bialekolnierzyki.com

 

Oszustwa w budownictwie – podstawowe schematy

Jak wielu z Was zapewne wie, szeroko pojęta budowlanka jest jedną z branż szczególnie narażonych na różnego rodzaju oszustwa. Ba, można wręcz powiedzieć, że niektóre firmy mocno wyspecjalizowały się w dociskaniu podwykonawców i jest to ich specyficzny model biznesowy. No i właśnie o takich przypadkach będę dziś mówił.

 

Dla tych, którzy wolą oglądać

 

 

Dla tych, którzy wolą czytać

 

Kary umowne – wprowadzenie

Zacznę od tego, że chyba najczęściej stosowanym w praktyce instrumentem wywierania nacisków na podwykonawców są kary umowne stosowane w kontraktach. Wiadomo, że opóźnienia na różnych odcinkach budowy potrafią generować duże koszty, więc obciążanie karami niesolidnych kontrahentów wydaje się zasadne. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy wykonawca zrobił swoją robotę jak należy, ale mimo tego nie otrzymuje należnych mu pieniędzy pod pretekstami wziętymi z przysłowiowej czapki.

Przykład: niedokładne, zdaniem dewelopera, sprzątanie placu budowy, gdzie w trakcie robót budowlanych trudno utrzymywać teren w sterylnej czystości.

To był przypadek dość ekstremalny, ale zanim przejdę do omawiania schematu, pewnie pojawi się pytanie: a ile taka kara umowna może wynosić?
Odpowiadam: przykładowo będzie to 0,5% lub 1% wartości zleconej pracy za każdy dzień zwłoki. Czyli jeżeli mamy kontrakt o wartości 1 miliona złotych, to łatwo policzyć, że za każdy dzień zwłoki jesteśmy 10 tys. złotych w plecy, patrząc oczywiście z perspektywy wykonawcy. Przy kilkunastodniowych przestojach robi się z tego naprawdę spora suma, niejednokrotnie stawiająca pod znakiem zapytania opłacalność kontraktu w ogóle.

 

Przygotowanie gruntu pod oszustwo

Dobrze, oczywiście aby taką karę umowną zastosować, należy wcześniej jakoś spreparować dowody świadczące przeciwko podwykonawcy. Jak to się robi? Jednym z takich szeroko praktykowanych sposobów jest tak zwane fabrykowanie dokumentacji. Polega to na tym, że generalny wykonawca wysyła podwykonawcy dużą ilość dokumentów zawierających szczegółowy spis czynności wykonanych przez tego podwykonawcę na przestrzeni np. tygodnia. W takim spisie mamy bardzo dużo informacji, których na ogół nikomu się nie chce czytać. A nawet jeśli ktoś przeczyta, to znajdzie np. zastrzeżenia typu „niedokładne sprzątnięcie placu budowy, niedokładne zabezpieczenie elementów wsporników” i tak dalej. Takich uwag jest przykładowo jedna – dwie na kilkadziesiąt spisanych czynności i tak naprawdę nie wygląda to na poważne zarzuty. Cóż więc pomyśli sobie w takie sytuacji przeciętny budowlaniec? Pomyśli „a, olać to, czepiają się bez sensu bez sensu o jakieś pierdoły”.

No i cóż, nie zgłaszając od razu swoich zastrzeżeń co do takich wpisów, niemiła niespodzianka czeka naszego budowlańca przy rozliczeniu, gdzie nagle okazuje się, że za takie „pierdoły” generalny wykonawca naliczył mu grube tysiące złotych kar, które teraz chce odliczyć od faktury. No a mały podwykonawca nie bardzo ma tutaj pole manewru, bo generalny występuje z pozycji siły – on ma pieniądze i może je wypłacić albo nie, więc po zdaniu robót tak naprawdę pociąga za sznurki.

Krótki przykład z życia

Pewnemu przedsiębiorcy odmówiono zapłaty za ocieplenie całego remontowanego budynku – dodam, że dość dużego. Pretekstem było to, że ocieplenie zostało zamontowane niezgodnie ze sztuką budowlaną. Przedsiębiorca ten niestety w skutek wstrzymania wypłaty zbankrutował, a wręcz skończył z długami, gdyż nie miał pieniędzy na wypłaty pensji dla kilkunastu pracowników, plus ZUS, skarbówka i tak dalej. Oczywiście potem przyszedł nowy podwykonawca, który to niby to poprawił, a w praktyce w zasadzie nic nie zrobił, ale odbiór prac oczywiście otrzymał.

 

Celowe utrudnianie pracy podwykonawcy

Idźmy dalej. Kolejna sprawa to wlepianie kar za opóźnienia w harmonogramie prac. No i tutaj, w niektórych przypadkach, będą to opóźnienia reżyserowane. Jak to się robi? Przykładowo podwykonawca A opóźnia celowo oddanie wykonanych przez siebie robót. To z kolei powoduje, że podwykonawca B nie może dokończyć swoich robót w terminie, co jest równoznaczne z tym, że generalny wykonawca ma pretekst do obciążenia tegoż podwykonawcy B karą umowną.

Innym sposobem jest wstrzymanie wypłaty wynagrodzenia podwykonawcy przez generalnego inwestora pod byle pretekstem – że przypomnę chociażby wspomniane już wcześniej czepianie się nieposprzątanego placu budowy. Co się wiąże z takim blokowaniem wypłaty wynagrodzenia? Przede wszystkim podwykonawca postawiony w takiej sytuacji często nie ma środków na zakup niezbędnych materiałów, wypłaty dla pracowników i tak dalej. Prace więc się nie posuwają, a termin ich oddania biegnie nieubłaganie. Tutaj bardzo często osoba z ramienia generalnego wykonawcy uspokaja, mówi, że to wstrzymanie wypłaty to do czasu, aż się wyjaśnią wątpliwości i tak dalej.

 

Szybkie case study

Prześledźmy teraz, jak to się rozgrywa w praktyce. Odwołam się tu do wcześniejszego przykładu, gdzie podwykonawca B nie może wejść na plac budowy w terminie, ponieważ podwykonawca A zaliczył obsuwę czasową (bywa, że ustawioną). W takiej sytuacji mamy chociażby inspektora, który z ramienia generalnego wykonawcy nadzoruje prace i uspokaja podwykonawcę B, że wszystko będzie OK, że ten okres przestoju zostanie doliczony do umownego terminu i tak dalej. Podwykonawca B wierzy inspektorowi i uspokaja się. Jest jednak pewien myk: te ustalenia robione są na przysłowiową gębę. Co dalej… Realizacja zbliża się ku końcowi, a tu nagle nasz inspektor zostanie przeniesiony na inną budowę, a na jego miejscu pojawia się nowy. I tutaj podwykonawca B przeżywa niemiłe zaskoczenie, gdyż nowy inspektor twierdzi, że on o żadnych ustaleniach dotyczących przesunięcia terminu nie wie, nie ma o tym śladu w papierach, a opóźnienie jednak jest. No a skoro tak, to niestety, ale podwykonawca B będzie musiał zapłacić karę umowną. I co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz…

Oczywiście tego typu zagrywki najczęściej mają miejsce wtedy, gdy budowa jest już na ukończeniu, gdyż po prostu wtedy najbardziej się opłaca to robić. Trzymając się tego wątku warto jeszcze wspomnieć o przeróżnych pracach dodatkowych, mających finalnie na celu nałożenie na podwykonawcę kary umownej. W praktyce wygląda to tak, że w trakcie robót proponuje się podwykonawcy zrealizowanie dodatkowych prac, za które ma on otrzymać osobne wynagrodzenie. Te dodatkowe prace określane są jako pilne, więc generalny wykonawca naciska na jak najszybszą ich realizację, kosztem odsunięcia w czasie realizacji prac wchodzących w skład pierwotnego kontraktu. Jak się zapewne domyślacie, także i tutaj nie ma w pierwotnym kontrakcie zmian pisemnych odnośnie przesunięcia terminu. No i podwykonawca już się cieszy, że zarobił dodatkowe pieniądze, a tutaj niespodzianka: kary umowne za niedotrzymanie terminu pierwotnego kontraktu.

 

Generalny wykonawca gra nieczysto

Jeszcze inny patent to celowe opóźnianie momentu odbioru prac. Może to stanowić duży problem, jeśli przykładowo mamy do czynienia z tak zwanymi robotami zanikającymi, jak chociażby położenie warstwy pod budowę drogi, na którą potem ma zostać położony asfalt. Tak obrazowo: jeśli firma A nie ma odebranych prac, a firma B przed tym odbiorem zaleje wszystko asfaltem, to potem firmie A trudno jest udowodnić, że wykonała swoją pracę zgodnie ze sztuką i tym samym zasługuje na wypłacenie jej pełnego wynagrodzenia. Nie ma formalnego protokołu odbioru (jeśli już, to na tzw. gębę) i podwykonawca jest w ciężkiej sytuacji, ma gorsze pole negocjacyjne.

Z odwlekaniem odbioru przez generalnego wykonawcę wiąże się też kolejna technika oszustwa, która polega na wprowadzaniu na budowę nowych podwykonawców. Mamy tutaj sytuację zbliżoną do tej, o której mówiłem przed chwilą, czyli występują problemy z ocenieniem jakości już wykonanych prac, gdyż zostały one przykryte innymi pracami. Tak więc firma A ma problemy z uzyskaniem odbioru części już wykonanych prac, ale ma do wykonania jeszcze inne zadania na tej budowie. Generalny wykonawca jednak na jej miejsce bierze innego podwykonawcę, czyli firmę C, która jest droższa. W efekcie powstaje zamieszanie, bowiem nie do końca wiadomo, kto wykonał jaką część prac, tak więc generalny wykonawca ma pretekst do odmowy wypłaty pieniędzy za część prac wykonanych przez firmę A, która weszła na plac jako pierwsza. Na jakiej podstawie? Otóż firma C jest w zmowie z generalnym wykonawcą i przedstawia rzekomo prawdziwe faktury za materiały zakupione na potrzeby zlecenia, potwierdzenie ze strony swoich pracowników – itp. itd. Tym samym przypisuje sobie wykonanie części prac, które w rzeczywistości zrealizowała firma A. Chamskie zagranie, ale niestety często skuteczne. Podobnie nagle podlicza się wykonawcy A wszelkie rzekome niedopatrzenia i nagle okazuje się, że kary umowne stanowią większość wynagrodzenia!

 

Cel: wypłacić podwykonawcy jak najmniejszą kwotę

Wszystko to bowiem zmierza ku jednemu celowi: maksymalnemu obcięciu wynagrodzenia wypłaconego podwykonawcy. Postawmy się teraz w sytuacji małej firmy zatrudniającej kilkudziesięciu pracowników. Za własne pieniądze zakupiliśmy część materiałów, pracownikom trzeba wypłacić pensje, leasingi za maszyny same się nie spłacą, a tutaj generalny wykonawca nie chce nam puścić przelewu! Stajemy więc de facto przed wizją bankructwa. Do tego mamy świadomość, że o swoje upomni się ZUS i skarbówka, więc może dojść do licytacji prywatnego majątku przedsiębiorcy. I nie były to niestety tylko czcze obawy – takiego właśnie losu doświadczyło wielu przedsiębiorców budujących polskie autostrady. Mając tą wiedzę oraz świadomość, że dochodzenie swoich praw może potrwać kilka lat, a wynik i tak jest mocno niepewny, jesteśmy w pewnym momencie gotowi podpisać ugodę i przyjąć choć część wynagrodzenia, które pozwoli nam zachować płynność finansową i uratować naszą firmę. Niestety, wielkie firmy budowlane będące generalnymi wykonawcami mają tego świadomość i bezwzględnie wykorzystują swoją silną pozycję.

 

Kilka słów podsumowania

Rzecz absolutnie podstawowa: zawsze analizujcie umowę, którą podpisujecie! Najlepiej, jeśli zrobi to profesjonalny prawnik wyspecjalizowany w tej tematyce. Pozornie niegroźne zapisy mogą bowiem spowodować prawdziwy dramat. Poza tym trzymajcie się zasady: nic na gębę – wszystko na piśmie. Ma to tę zaletę, że po pierwsze macie w razie czego podkładkę pod ewentualny proces, a po drugie jeśli generalny wykonawca zobaczy, że jesteście ogarnięci w temacie, to jest większa szansa, że oszuka kogoś bardziej łatwowiernego, a nie Was. Ja wiem, że brzmi to brutalnie, no ale takie jest życie polskiego budowlańca.

Zdjęcie ilustrujące wpis jest poglądowe! Osoby, rzeczy lub sytuacje przedstawione na zdjęciu NIE mają bezpośredniego związku z treścią niniejszego wpisu!