The rich get richer, czyli bogaci się bogacą (i nie płacą wysokich podatków)

Czytając komentarze pod moim ostatnim postem na Facebooku, odniosłem nieodparte wrażenie, że chyba nie przez wszystkich został on do końca zrozumiany. Pomyślałem więc, że być może warto doprecyzować pewne sprawy. Otóż zarzucono mi troskę o najbogatszych, że niby ubolewam nad wysokim opodatkowaniem osób pokroju Kulczyka. Drodzy Państwo, nic z tych rzeczy! Najbogatsi, jeśli tylko chcą, płacą % bardzo małe podatki i nie ma ich co żałować. Problem w tym, że w dobie konkurencji podatkowej, jaka ma miejsce między państwami w kwestii przyciągania kapitału, nie ma też za bardzo jak zmusić milionerów do tego, aby płacili więcej w Polsce. Za to zwykłego Kowalskiego już jak najbardziej można docisnąć podatkami.

Wytłumaczę to na bardzo prostym przykładzie – tak, żeby każdy zrozumiał o co chodzi.

 

 

Na załączonej grafice macie przykładową strukturę holdingową, jakich używają bogaci inwestorzy. Na szczycie jest spółka operacyjna A notowana na GPW, która jest zarejestrowana w Polsce i, jak sama nazwa wskazuje, prowadzi normalną działalność operacyjną w naszym kraju. Mamy też biznesmena Kluczyka, który chciałby zakupić akcje spółki A w celach inwestycyjnych. Gdyby to zrobił jako Kluczyk – osoba fizyczna i polski rezydent podatkowy, to przy sprzedaży akcji „na górce” musiałby się liczyć z 19% podatkiem dochodowym. Analogicznie podatek taki występowałby również w przypadku wypłaty dywidendy. Jednak zamiast Kluczyka akcje spółki A kupuje spółka holdingowa B, zarejestrowana w Luksemburgu. No a w Luksemburgu akurat stawka podatku od zysków kapitałowych w pewnych przypadkach wynosi całe 0% (słownie: zero procent). Idźmy dalej. Udziałowcem spółki holdingowej B jest spółka holdingowa C z Cypru, a jej udziałowcem jest z kolei spółka holdingowa D ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Spółkę D może z kolei kontrolować np. jakiś trust, którego beneficjentem rzeczywistym będzie kto…? Oczywiście nasz biznesmen Kluczyk.

Co daje taka struktura?

Po pierwsze omijamy 19% podatek dochodowy w Polsce (na temat rozliczania tego podatku na dalszym etapie struktury będziecie mogli przeczytać w jednym z naszych z najbliższych newsletterów). Po drugie mamy dystans pomiędzy beneficjentem rzeczywistym (Kluczyk) a przedsięwzięciem, w które on inwestuje. Jest to o tyle wygodne, że byle leszcz nie sprawdzi sobie ot tak, gdzie taki Kluczyk lokuje kapitał, gdyż Kluczyka nie będzie w rejestrze akcjonariuszy. Co jednak ważniejsze, jeśli na końcu struktury spółek holdingowych podstawimy podmiot zarejestrowany w kraju, który nie uczestniczy w systemie CRS (Common Reporting Standard), to dotarcie przez polskiego fiskusa czy prokuraturę do informacji na temat tego, że to Kluczyk jest UBO (Ultimate Beneficial Owner, czyli beneficjentem rzeczywistym) stanie pod znakiem zapytania. Takim krajem umożliwiającym zachowanie anonimowości jest chociażby USA, stąd m.in. popularność spółek z Delaware. Dodajmy jeszcze do tego zmianę rezydencji podatkowej przez Kluczyka – to milioner, więc kupił sobie piękną willę z jeszcze piękniejszym widokiem na jezioro Czterech Kantonów i jest oficjalnie rezydentem podatkowym w Szwajcarii.

Reasumując: Kluczyk do inwestowania w Polsce postawi sobie strukturę, której utrzymanie będzie co prawda kosztowało x-tysięcy PLN rocznie, ale za to przy dużej skali inwestycji uniknie konieczności zapłacenia naszemu fiskusowi milionów PLN z tytułu podatku dochodowego. Pokaże również fucka polskiej skarbówce i będzie mógł rozliczać się w kraju o stabilniejszym i przyjaźniejszym systemie prawnym. Stąd wynik starcia Kluczyk vs Fiskus to 1:0, co wkurza premiera Morawieckiego z miniaturki.

A teraz zobaczmy co się stanie, jeśli w miejsce Kluczyka postawimy Kowalskiego

Kowalski jest zwykłym obywatelem, prowadzącym mały biznes w Polsce, który chce pomnożyć swój majątek poprzez inwestowanie na giełdzie. Kupuje więc akcje spółki A za 100 tys. PLN, po czym za jakiś czas sprzedaje je za 200 tys. PLN. Jak łatwo policzyć, jest na plusie, ale od tego zysku musi zapłacić podatek 19% – i nie ucieknie od niego, bo raz, że jest polskim rezydentem podatkowym i kupił te akcje na siebie, a dwa przy tak niskiej skali inwestowania nie opłaca mu się stawiać zagranicznych struktur. Czyli jeśli porównać Kluczyka z Kowalskim, to ten ostatni w ujęciu % zapłaci w Polsce kilkunastokrotnie większy podatek – mimo, że przecież obaj Panowie zainwestowali w tę samą polską spółkę A.

Rekin sobie poradzi

Ktoś mógłby powiedzieć: no dobrze, ale przecież jeśli dany biznes jest prowadzony w Polsce i to u nas osiąga przychody, to i tak dosięgnie go ręka polskiego fiskusa. Teoretycznie tak, ale w praktyce wygląda to różnie. Wystarczy spojrzeć na podatek CIT płacony przez niektóre przedsiębiorstwa kontrolowane przez zagraniczne centrale.

I tak niemiecka sieć Aldi w latach 2016 – 2020 zapłaciła całe 0 (słownie zero) PLN CIT-u, przy przychodach rzędu 6,5 miliarda PLN. Z kolei francuska sieć Auchan przy przychodach rzędu niecałych 60 miliardów PLN, w ciągu 5 ostatnich lat zapłaciła niecałe 30 milionów PLN CIT-u, co stanowiło „aż” 0,05% przychodów. Tak niski poziom płaconego CIT-u można by próbować wytłumaczyć wydatkami na ekspansję oraz inwestycje. Tyle, że polska sieć Dino, która bardzo mocno inwestuje w rozwój (kilkaset nowych sklepów rocznie), w latach 2016 – 2020 zapłaciła 286 milionów PLN podatku dochodowego od osób prawnych. Jest to blisko 10-krotnie więcej niż Auchan, który do tego miał w omawianym okresie blisko 2-krotnie wyższe przychody niż Dino. O czym to może świadczyć, chyba nie muszę tłumaczyć.

Jeszcze ciekawiej robi się, gdy spojrzymy na wyniki niektórych operatorów telefonii komórkowej. I tak T-Mobile, wchodzący w skład grupy Deutsche Telekom, przez ostatnie 5 lat zapłacił w Polsce „oszałamiającą” kwotę 30 tysięcy PLN CIT-u, przy przychodach rzędu 43 miliardów PLN i wykazywanych zyskach na poziomie 2,5 miliarda PLN. Dla porównania: eksperci ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców obliczyli, że podobną kwotę 30 tysięcy PLN podatku dochodowego zapłaci mały przedsiębiorca będący na podatku liniowym, osiągający dochody rzędu ok. 200 tysięcy PLN rocznie. Fajnie, co nie…? Kontrolowane przez Francuzów Orange w latach 2016 – 2020 zapłaciło zaś nieco więcej CIT-u, bo 16,6 miliona PLN, jednocześnie pobierając jednak ok. 820 milionów PLN z pomocy publicznej. Można? Można! Tak dla porównania, w analogicznym okresie Plus zapłacił blisko 600 milionów PLN CIT-u, a Play ponad 960 milionów PLN, mając przychody mniejsze niż T-Mobile i Orange.

Reasumując

Wielki biznes podąża lub transferuje zyski tam, gdzie płaci możliwie najmniejsze podatki i gdzie system prawny jest w miarę stabilny. Średniacy pokroju Kowalskiego są za to skazani na polskiego fiskusa, który może im dokręcać śrubę na tyle, na ile zielone światło da ustawodawca. Niektóre branże, jak np. programiści, mają jeszcze opcję, aby pomyśleć o zmianie rezydencji podatkowej, ale np. przedsiębiorca prowadzący zakład fryzjerski czy myjnię samochodową może zapomnieć o „optymalizacyjnej” spółce w Estonii czy na Cyprze – tzn. może ją sobie otworzyć, ale prawdopodobnie polegnie przy pierwszej kontroli z US.

Jeśli więc cieszysz się z tego, że rząd chce odbierać bogatym i dawać biednym, to muszę Cię niestety rozczarować. Najbogatsi Polacy i wielkie międzynarodowe firmy mają do dyspozycji najlepszych doradców podatkowych, którzy praktycznie zawsze znajdą jakąś lukę w systemie. Dysponują również dużym kapitałem i często także odpowiednimi strukturami holdingowymi, których budowa i utrzymanie jest bardzo tanie w porównaniu do skali prowadzonych inwestycji. Krótko mówiąc biznesmeni pokroju Kluczyka oraz duże korporacje mają możliwości optymalizacji i stać ich na to, aby nie płacić podatków w Polsce. W konsekwencji to nie najbogatsi dostaną po kieszeni w wyniku nowych projektów rozdawniczych rządu (no, może z pewnymi wyjątkami). Warto zdawać sobie z tego sprawę.

A tak przy okazji…

Jeśli interesują Ciebie tematy zbliżone do dziś omawianego, czyli związane z optymalizacją biznesu np. przy wykorzystaniu zagranicznych spółek (nie tylko z Luksemburga), to zapraszam do zapisania się na newsletter Białych Kołnierzyków. Link znajdziesz TUTAJ

 

Zdjęcie ilustrujące wpis jest poglądowe! Osoby, rzeczy lub sytuacje przedstawione na zdjęciu NIE mają bezpośredniego związku z treścią niniejszego wpisu!

Krótki komentarz do „afery” GameStop

Nie powiem, spodobała mi się akcją z aplikacją RobinHood i zamieszanie z akcjami spółki GameStop – w końcu białe kołnierzyki z Wall Street nie dostają takich batów zbyt często. Takie oddolne ruchy zawsze są fajne jako ciekawostka, bo dają ludziom poczucie, że działając razem mogą wiele zmienić i odwrócić reguły gry ustalane przez „grubasów” biznesu. Nie do końca i nie zawsze jest to prawda, ale i tak zabawy było sporo.

Rozrywkę popsuł jednak w pewnym momencie CEO RobinHooda, którego teraz zacytuję:

„W celu ochrony firmy i ochrony naszych klientów, musieliśmy ograniczyć kupno tych akcji”.

Takie tam tłumaczenie, że niby chronimy małych inwestorów, żeby nie kupowali oni akcji po zawyżonych cenach. Aktualnie w USA trwa dyskusja, jak do tej gadki podejdzie Amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC). Otóż jest szansa, że SEC jednak nie „łyknie” tego tłumaczenia z „dbaniem o dobro użytkowników”. Dlaczego? W tej sytuacji można bowiem z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć (oraz zapewne i udowodnić), że mali inwestorzy grający na wzrosty GameStop byli świadomi tego, że ta firma ma niezbyt dobre perspektywy i koniec końców szansa na stratę jest tam duża. A nawet jeśli niektórzy tego nie wiedzieli, to bez trudu mogli się dowiedzieć – nie ma więc raczej mowy o wprowadzaniu małych inwestorów w błąd.

Cel części z inwestorów był jasny: doprowadzenie do bankructwa dużego funduszu hedgingowego, czyli zrobienie na złość „grubasom”. RobinHood wstrzymując transakcje nie zadziałał więc wcale w interesie małych inwestorów – powtórzę: oni i tak zdawali sobie sprawę z tego, że finalnie ich pieniądze prawdopodobnie przepadną. No a skoro tak, to tłumaczenie CEO RobinHooda średnio się klei. Twórcy aplikacji zadziałali przeciwko swoim użytkownikom, chroniąc przy okazji giełdowych wyjadaczy (a czy tam były naciski czy nie, to już nie oceniam).

 

 

Ok, a co może nasunąć się na myśl przy okazji tej akcji?

 

Po pierwsze

Z dużym stopniem prawdopodobieństwa można powiedzieć, że chyba jeszcze nigdy nie było lepszego czasu dla oszustów grasujących na rynkach finansowych. Dlaczego?

Weźmy chociażby tzw. luzowanie ilościowe (QE), dość powszechne w ostatnich czasach. Owo luzowanie ilościowe w naszym kontekście objawia się „wstrzykiwaniem” na rynek ogromnych ilości pieniędzy – banki centralne skupują po prostu od banków komercyjnych ryzykowne papiery / biorą je w zastaw. Daje to ten efekt, że banki komercyjne mają więcej $$ na udzielanie kredytów. Taki zabieg ma pobudzić gospodarkę – niby ładnie, pięknie, ale jest też i ciemna strona mocy. Otóż przy luzowaniu ilościowym może powstać bardzo duży „rozstrzał” pomiędzy cenami rynkowymi, a rzeczywistością gospodarczą. Mówiąc inaczej: coraz więcej aktualnych wycen spółek jest wziętych z miejsca, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę.

Rezultat

Wykrywanie nadużyć i jawnych oszustw typu manipulacje cenowe i sztuczne pompowanie wartości akcji (pump-and-dump, o którym już pisałem) stało się drogą przez mękę. Oderwanie cen akcji od rzeczywistej wartości danego przedsiębiorstwa weszło już bowiem w zbyt wielu przypadkach w takie stadium, że tzw. czerwone flagi wskazujące na możliwość popełnienia fraudu zostały „wymazane”, mówiąc obrazowo. Albo inaczej – na chwilę obecną tych czerwonych flag jest zbyt dużo, aby były w stanie sensownie wskazać na potencjalne „miny”. Jeśli więc zamierzacie iść w ślady Jordana Belforta, to teraz jest Wasz czas.

 

 

Po drugie

Jest taka teoria mówiąca, że rynek z wieloma świadomymi inwestorami może być nieefektywny. No bo przecież drobni inwestorzy zaczęli grać tak, jak giełdowe „grubasy” grały od dawna – a tymczasem w tej grze w dużym uproszczeniu chodzi o to, aby nie zostać z niechodliwym towarem (akcjami) w ręce jako ostatni. Jeśli zabraknie małej rybki do … wykorzystania, bo wokół wszyscy grają jak rekiny, to ciężko dobrze zarobić. Tak czy inaczej analitycy dużych firm być może będą musieli brać pod uwagę to, że teraz nawet bezrobotni obywatele stanu Maine (jeden z najbiedniejszych stanów USA), którzy stracili pracę w wyniku pandemii, mogą skrzyknąć się w necie i wpływać znacząco na wycenę akcji. Kilkadziesiąt lat temu praktycznie nie do pomyślenia, a dziś proszę…

 

 

Reasumując

Cała sprawa jest ciekawym case study – nie tylko dla osób, które interesują się stricte inwestowaniem. Mogliśmy też zauważyć, że duże korporacje trzymają się razem – chociażby FB zbanował popularną grupę, na której udzielali się drobni traderzy inwestujący w GameStop. I tutaj widać, że nie tak łatwo będzie trwale „oszukiwać system”, gdyż wielkie firmy nie oddadzą masom kontroli ot tak. Dobrze to czy źle, to niech już każdy sam oceni na własną rękę.

 

Tajemnice branży rowerowej

Dziś chciałbym Wam opowiedzieć o tym, dlaczego czasem bywa tak, że mamy teoretycznie jakąś branżę przynoszącą aktualnie przysłowiowe kokosy, na której teoretycznie nie da się stracić jako inwestor, a mimo to niektórzy i tak tracą. Przedstawię to na przykładzie branży rowerowej, w której aktualnie mamy bardzo duże wzrosty. Tak się bowiem złożyło, że w dobie koronawirusa wielu ludzi postanowiło się przesiąść na rowery, rezygnując przy tym z komunikacji miejskiej. W teorii więc mamy kurę znoszącą złote jaja, w praktyce zaś niekoniecznie.

 

Wersja dla tych, którzy wolą słuchać

 

 

Wersja dla tych, którzy wolą czytać

 

Zacznę może od tego, jak realnie wygląda produkcja rowerów i czy trudno jest stworzyć swój własny brand rowerowy.

Produkcja rowerów to dość skomplikowany temat, a w obecnych czasach, czyli w dobie pandemii, czas trwania realizacji zamówienia w fabryce do otrzymania towaru do magazynu trwa minimum 5 miesięcy – i to w przypadku, gdy ma się stabilnego i pewnego dostawcę. Mniejsi są traktowani po macoszemu u dostawców podzespołów takich jak Shimano, które teraz ma gigantyczny boom. To akurat nic dziwnego – zawsze tak jest, że ten, kto zamawia więcej i jest stałym klientem, ma pewne fory.

 

No i teraz załóżmy, że chcemy stworzyć własną markę rowerową. Możemy to zrobić na dwa sposoby:

Pierwszy to typowa manufaktura, która produkuje rowery sama, łącznie z ramami. Jest kilka firm w Polsce działających na takiej właśnie zasadzie. Są też inne firmy, które lansują się tym, że mają pełną linię produkcyjną i mogą produkować rowery w naszym kraju. Tyle tylko, że moce przerobowe takich fabryk są bardzo małe i są w stanie pokryć może kilka % rzeczywistych zamówień. No, ale marketingowo można się lansować, że produkujemy w Polsce i tak dalej – i wielu klientów się na to łapie.

Drugim sposobem na posiadanie własnej marki rowerowej jest zamówienie towaru z zagranicy. Skąd więc zamawiają polscy producenci? To już różnie – w grę wchodzą Chiny, Tajwan, Indonezja, Kambodża, Malezja czy Wietnam. W takich fabrykach można sobie zamówić ramę albo po prostu wybrać gotową ramę z katalogu fabrycznego, dodać do tego osprzęt i naklejki swojego brandu – i już jesteśmy producentem rowerów. No, producentem w cudzysłowie, bo tak naprawdę to tylko brandowanie już gotowych rozwiązań i dorabianie do tego marketingu. Dokładanie na takiej zasadzie, na jakiej działają np. znane blogerki modowe, które zamawiają masówkę z Chin z doszytą swoją metką i wciskają to ludziom jako brand kategorii premium.

Tak czy inaczej zamawiając takie rowery wielu zamawia je już złożone w 90%, tzn. w takim stanie, w jakim są one sprzedawane w sklepie. No to jest akurat o tyle wygodne, że nie płaci się dodatkowo za transport podzespołów do Polski, odpada logistyka, terminowość dostaw, pilnowanie ludzi czy nie kradną i kontrola jakości ich pracy, nie trzeba też budować montowni i wielkiego magazynu. Krótko mówiąc mniej przepływów finansowych i niewielkie ryzyko, że coś będzie zawalone na produkcji. Dodatkowo można być znacznie tańszym od innych i wygrywać na rynku krajowym z niewielkimi nakładami marketingowymi, bo cena czyni cuda.

 

Antydumping – jak obejść

No ale teraz mamy pierwszy problem, czyli tzw. antydumping pod postacią cła na rowery z Chin w wysokości 48,5% – no niestety, tyle pieniędzy każe płacić Unia Europejska.

Stosuje się jednak bardzo proste obejście tego ograniczenia. Otóż, uwaga, wystarczy całą produkcję z Chin okleić naklejkami „Made in India”, puścić kontener z Chin do Indii, tam go przepakować i ściągnąć do Polski. Tak, tak, już w chińskiej fabryce nakleja się naklejki Made in India. Tabela celna Isztar nic nie mówi o podwyższonym cle na import złożonych rowerów z Indii, więc jesteśmy sporo do przodu. Ok, oczywiście przy takim schemacie wpadniemy w podwójne cło, to będzie 10,5% przy tańszych rowerach i 14% przy droższych rowerach (tzn. tych mniej więcej w cenie zakupu od 500 $ w górę). No ale i tak się mocno opłaca i tym sposobem rozwiązaliśmy zagadkę, dlaczego niektóre marki rowerowe są tak tanie.

Właściwie to zaryzykowałbym stwierdzenie, że tego typu manewry z cłem niszczą rynek rowerowy w podobny sposób, w jaki wyłudzenia VAT-u niszczyły inne branże. No bo wiecie, finalnie można było „zabijać” niższymi cenami konkurencję, która grzecznie płaciła wszelkie podatki.

 

Jeśli już jesteśmy przy tematach podatkowych, to wspomnę jeszcze o jednej ciekawostce

Otóż niektórzy z dużych importerów rowerów dysponowali własnymi składami celnymi. Po co? Odpowiedź jest prosta: aby odroczyć termin płatności podatku VAT. Mając własny skład celny można było bowiem płacić VAT od importu dopiero wtedy, gdy towar faktycznie wyjeżdżał z magazynu (co działo się nieraz dopiero po kilku miesiącach). Taka optymalizacja przy dużych kwotach obrotu przekładała się na to, że można było efektywnie obracać posiadanym kapitałem, a nie oddawać pieniądze od razu do urzędu skarbowego.

 

Ok, przejdźmy do tego, dlaczego inwestowanie w branżę rowerową właśnie teraz, mimo prosperity, niekoniecznie może być dobrym pomysłem

Zacznę tutaj od rzeczy podstawowej, czyli tego, kto stoi za daną marką szukającą inwestora. Załóżmy, że na rynku mamy jakiś tam brand, który jest znany i funkcjonuje od lat. Mówię tutaj o firmach, które mają ugruntowaną pozycję i składają u producentów stosunkowo duże zamówienia. No tutaj jeszcze, jeśli one poszukują inwestorów, ryzyko niewypału jest nieco niższe.

Problem właściwie pojawia się w przypadku, gdy mamy do czynienia z firmą świeżą, która po prostu stworzyła jakiś nowy brand i teraz szuka kogoś, kto by wyłożył pieniądze, bo „teraz to rowery idą jak świeże bułeczki, daj pan kasę – na tym się nie da stracić!”.

Otóż właśnie da się stracić!

Tak więc fabryki podzespołów rowerowych, tak zwany duopol Shimano i SRAM, mają obecnie gdzieś tak trzykrotnie większy popyt niż w normalnych czasach.

Co się z tym wiąże?

Okresy oczekiwania nawet dla największych odbiorców są wydłużane o minimum miesiąc, bo produkcja po prostu nie wyrabia. No a małe płotki, czyli takie nowe firmy na rynku, zamawiające mało, być może będą miały gotowe rowery dopiero gdzieś w czerwcu 2021 roku.

No i tutaj mamy pierwszy problem, bo w czerwcu to już sprzedaż rowerów znacznie słabnie.

Drugi problem może być taki, że COVID tak mocno zdemoluje nam gospodarkę, że ludzie właściwie po wiośnie 2021 nie będą już kupowali rowerów, bo nie będą mieli pieniędzy. Hype jest teraz, a do czerwca może już minąć.

Może więc się zdarzyć tak, że firma szukająca teraz inwestorów na rowery, zostanie w przyszłym roku z towarem, którego nie będzie miał kto brać za gotówkę. Oczywiście jest też inna możliwość, a mianowicie rozdanie towaru w kredyt. W sytuacji, gdy popyt mocno zjedzie w dół, może się okazać, że to w zasadzie jedyne wyjście, aby pozbyć się rowerów. Tyle tylko, że mamy tutaj ryzyko niewypłacalności kredytowanych kontrahentów.

Koniec końców jest spora szansa na to, że inwestorzy swoich pieniędzy nie odzyskają, nie mówiąc już o zyskach. Oczywiście ten, kto zbiera pieniądze, raczej na pewno wyjdzie na swoje – tak to już jest przy tego typu schematach.

 

Co z tego wynika?

Szczególnie istotną opcją przy wchodzeniu w tego typu inwestycję jest coś, co w branży określa się skrótem KYN, czyli Know Your Network. W wolnym tłumaczeniu oznacza to Znaj Swoją Sieć Powiązań, czy też bardziej znaj swoje otoczenie biznesowe. To, co teraz powiem, być może zabrzmi więc banalnie, ale wszystko sprowadza się do tego, aby sprawdzać powiązania osób, którym chcemy powierzyć nasze pieniądze, chociażby jako inwestorzy.

Dlaczego jest to istotne?

Trzymając się branży rowerowej, schemat może być chociażby taki:

– najpierw robimy marketing,

– potem bierzemy trochę pieniędzy od inwestorów,

– dalej pompujemy marketing,

– następnie bierzemy zaliczki od sklepów rowerowych (np. 50% wartości zamówienia).

Część zamówionych rowerów dociera do sklepów, a my zbieramy kolejne zamówienia i staramy się pozyskać kolejnych inwestorów. Jest łatwiej, bo już możemy pokazać, że jest zainteresowanie. W pewnym momencie, gdy mamy już zgromadzoną pożądaną sumę, nagle wszystko się wysypuje i nasza firma zaprzestaje dostaw rowerów. Pretekstem może być np. to, że zamówiliśmy kolejne partie rowerów poprzez zagranicznego pośrednika, który deklarował, że będzie taniej, a koniec końców zniknął z kasą. To jest tylko i wyłącznie kwestia ustawienia odpowiedniego schematu.

Do czego zmierzam to to, że tego typu ustawki da się nieraz wyłapać, jeśli sprawdzić właśnie powiązania ludzi, którzy stoją za daną firmą. Przykładowo kilka lat temu funkcjonowały firmy, które brały przedpłaty za rowery, po czym towar nigdy nie trafiał na sklepy lub też trafiało go stosunkowo niewiele. To był dość znany proceder w branży, a przynajmniej ja dostałem takie sygnały. I gdyby dziś osoby stojące wtedy za takimi oszustwami znów postanowiły powtórzyć ten schemat, a jest takie ryzyko przy obecnym boomie, to bardzo możliwe, że solidne prześwietlenie ich sieci powiązań mogłoby dać bardzo interesujące wyniki. Potem można by sporządzić raport określający poziom ryzyka – no i inwestor mający zainwestować w taką firmę rowerową mógłby zorientować się, że firma jest pod kontrolą cwaniaków, a wtedy już nie włożyłby w nią ani złotówki.

Skoro już jesteśmy przy temacie, to powiem Wam, że w Polsce sprawdzanie sieci powiązań jest jeszcze stosunkowo mało popularne. Mało komu chce się ponosić koszty takiego wywiadu. Jednak przy większych transakcjach – zwłaszcza, gdy w grę wchodzi np. sprzedaż za granicę, warto taką sieć powiązań sprawdzić. I tutaj mała kryptoreklama: zdradzę Wam, że Białe Kołnierzyki od początku przyszłego roku będą miały w ofercie coś, co pozwoli wyeliminować podobne zagrożenia. O szczegółach oczywiście poinformuję w odpowiednim czasie.

 

Wracając jednak do meritum dzisiejszego materiału

Jak więc widzicie, to, że na dany towar jest aktualnie boom, nie oznacza jeszcze, że na 100% da się na nim zarobić! Tak naprawdę, jeśli jakiś inwestor nie zna dobrze danej branży, to bardzo łatwo może służyć za żer rekinom – a właściwie to jego pieniądze mogą zostać przez te rekiny pożarte. Cóż bowiem z tego, że są klienci chętni kupić, skoro towar może nie dotrzeć na czas albo w ogóle nie dotrzeć, jeśli nie sprawdzimy powiązań i władujemy się na minę, tzn. trafimy na oszusta? Generalnie więc jak zawsze trzeba podchodzić z pewną dozą sceptycyzmu do różnych super – hiper – okazji inwestycyjnych. Dotyczy to w zasadzie każdej branży – nie tylko rowerowej.

 

Chińskie podejście do praw własności intelektualnej

Właściwie tą konkluzją mógłbym już zakończyć, ale na sam koniec, dla wytrwałych, będzie jeszcze jedna ciekawostka. Otóż, jak wspomniałem, możesz sobie w Chinach zamówić konfigurację roweru jaką chcesz – rama + osprzęt + własne naklejki. No i teraz musisz być przygotowany na to, że Chińczykom może się spodobać Twój projekt i że zechcą go sobie „pożyczyć”, to znaczy praktycznie bez zmian wykorzystać na jakimś innym rynku, np. w Ameryce Południowej. Bywały i takie przypadki, podobno. I właściwie nic z tym nie zrobisz, jeśli nie masz ochrony patentowej na cały świat – a większość firm ma tylko patenty obowiązujące na terenie Unii Europejskiej.

Tak to już jest z tym podejściem Chińczyków do praw własności intelektualnej – bardzo luźne to mało powiedziane. Dlatego bardziej renomowani producenci niekiedy zatrudniają koordynatorów (raczej nie Chińczyków), którzy pilnują na miejscu produkcji, aby czasem ktoś nie „pożyczył” sobie projektu. Inni z kolei wolą zlecić produkcję ram czy widelców takim uznanym firmom, jak Giant, która ma produkcję od A do Z – co prawda jest to bezpośrednia konkurencja i wychodzi drożej, ale za to radykalnie maleje prawdopodobieństwo, że ktoś (czyli Chińczyk) ukradnie projekt.

 

Resumując

Ok, no i to by było na tyle na dziś. Jeśli chcecie usłyszeć więcej tego typu opowieści biznesowych na YouTube, to dajcie łapkę w górę i zasubskrybujcie kanał. Obiecuję, że będziemy pracować nad coraz ciekawszym kontentem i omówimy różne patologie także w innych branżach. No a tymczasem do usłyszenia / przeczytania!

 

Zdjęcie ilustrujące wpis jest poglądowe! Osoby, rzeczy lub sytuacje przedstawione na zdjęciu NIE mają bezpośredniego związku z treścią niniejszego wpisu!