Powrót z JDG na etat – co dalej z długami?

Oczywistą oczywistością jest, że nie każdemu wychodzi w biznesie. Niektórzy prą do przodu niczym rekiny, a inni po pewnym czasie dochodzą do wniosku, że to jednak etat zapewniał im właściwy rytm życia i stabilizację. W tym drugim przypadku pojawiają się nieraz bardzo istotne dylematy, jak chociażby takie:

Prowadziłem JDG, a teraz chcę powrócić na etat. W międzyczasie zrobiłem jakieś zlecenia dla mniejszych kontrahentów, ale mi nie zapłacili. Czy po zlikwidowaniu działalności coś się dla mnie zmienia?

Miałem JDG, mam długi, likwiduję JDG. Czy będzie ze mnie trudniej ściągnąć długi, jeśli będę pracował na etacie – czy coś się dla mnie zmienia w tej kwestii?

 

Odpowiedź na te pytania zacznijmy od… pytania. Brzmi ono tak:

Czy zobowiązania i należności z tytułu prowadzonej JDG są w rozumieniu prawa odrębne od zobowiązań i należności prywatnych?

Charakterystycznym elementem prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej jest pełna odpowiedzialność przedsiębiorcy. Oznacza to, że osoba fizyczna prowadząca działalność gospodarczą odpowiada za wynikające z niej zobowiązania całym swym majątkiem, także prywatnym. W przypadku tej formy prowadzenia działalności gospodarczej nie istnieje rozgraniczenie na majątek przedsiębiorstwa i majątek prywatny przedsiębiorcy. Wierzyciele mogą swych roszczeń dochodzić zarówno z majątku generowanego przez JDG, jak również z majątku prywatnego przedsiębiorcy. Powyższe prowadzi do wniosku, że zobowiązania te nie są odrębne.

Jest to chyba dość jasne, więc przejdźmy do innych istotnych pytań, które są dość często zadawane przy okazji dzisiejszej tematyki.

 

1. Czy majątek firmy jest chroniony przed wierzycielami prywatnymi – np. przed bankiem, któremu nie spłacam kredytu hipotecznego?

No niestety, w przypadku jednoosobowej działalności gospodarczej nie ma rozgraniczenia na majątek przedsiębiorstwa i majątek prywatny przedsiębiorcy. Wierzyciele osobiści, czyli np. bank, w którym przedsiębiorca zaciągnął kredyt hipoteczny jako konsument, również w przypadku braku spłaty może dochodzić swoich wierzytelności nie tylko z majątku prywatnego, ale też i z majątku przedsiębiorstwa. Odpowiedzialność całym majątkiem nie ogranicza się jedynie do majątku nabytego podczas prowadzenia działalności gospodarczej, ale ma odniesienie również do majątku zgromadzonego przed rozpoczęciem działalności gospodarczej, niemającego z jej przedmiotem nic wspólnego.

 

2. Czy po wyrejestrowaniu JDG mogę dochodzić przysługujących mi należności, które powstały w związku z prowadzoną działalnością?

Okoliczność, iż jednoosobowa działalność gospodarcza została wykreślona z rejestru, nie przesądza o tym, że długi przestają istnieć. W przypadku osoby fizycznej, pomimo wyrejestrowania prowadzonej jednoosobowej działalności gospodarczej, ma ona prawo żądać od dłużników zwrotu wierzytelności, które powstały w związku z prowadzoną działalnością. Każdorazowo pamiętać jednak należy o okresie przedawnienia poszczególnego roszczenia, aby uniknąć sytuacji, że po upływie oznaczonego terminu, dochodzenie roszczenia stanie się niemożliwe.

 

3. Czy po wyrejestrowaniu JDG moi wierzyciele wciąż mogą oczekiwać ode mnie spłaty zobowiązań, jakie zaciągnąłem w ramach działalności?

Roszczenia pieniężne mogą być dochodzone w praktyce zawsze, to znaczy mogą zostać skierowane na drogę postępowania sądowego, a sąd może orzec następnie o obowiązku zapłaty. W tym zakresie fakt wyrejestrowania jednoosobowej działalności gospodarczej z Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej nie wpływa na powyższą możliwość. Prowadzenie jednoosobowej działalności gospodarczej nie powoduje powstania nowego podmiotu w myśl prawa cywilnego. Oznacza to, że w dalszym ciągu tym podmiotem jest przedsiębiorca jako osoba fizyczna. Wobec powyższego wierzyciele mogą oczekiwać spłaty zobowiązań także po wyrejestrowaniu jednoosobowej działalności gospodarczej.

 

4. Czy jest możliwe, że komornik będzie egzekwował ode mnie długi po wyrejestrowaniu działalności gospodarczej?

Roszczenia pieniężne mogą być dochodzone w praktyce zawsze, to znaczy mogą zostać skierowane na drogę postępowania sądowego, a sąd może orzec następnie o obowiązku zapłaty. Po uprawomocnieniu się nakazu zapłaty lub wyroku sądu, może zostać skierowany wniosek do komornika o wszczęcie postępowania egzekucyjnego. W tym zakresie fakt wyrejestrowania jednoosobowej działalności gospodarczej z Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej nie wpływa na powyższą możliwość. Prowadzenie jednoosobowej działalności gospodarczej nie powoduje powstania nowego podmiotu w myśl prawa cywilnego. W dalszym ciągu tym podmiotem jest przedsiębiorca jako osoba fizyczna. Powyższe prowadzi do wniosku, że komornik ma możliwość prowadzenia egzekucji od dłużnika zobowiązań powstałych w związku z prowadzoną działalnością, również po jej wyrejestrowaniu z Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej.

 

5. Czy mój pracodawca może się dowiedzieć o moich długach z JDG?

Pracodawca może dowiedzieć się o długach z jednoosobowej działalności gospodarczej wskutek zajęcia wynagrodzenia za pracę dokonywanego przez komornika, w szczególności z treści wezwania, które komornik kieruje do pracodawcy w związku z dokonywanym zajęciem. Zajęcie wynagrodzenia za pracę pracownika przez komornika powoduje, że pracodawca ma dodatkowe obowiązki. Konkretnie musi on prawidłowo wyliczać i wpłacać zajętą kwotę bezpośrednio do komornika, ale też w ciągu tygodnia od otrzymania wezwania podać komornikowi żądane przez niego informacje (np. o wysokości wynagrodzenia i sposobie jego wypłaty). Jeśli pracownik zmieni pracę, dokumenty dotyczące zajęcia pracodawca zmuszony jest przekazać nowemu pracodawcy. Naruszenie obowiązków przez pracodawcę może skutkować grzywną i ryzykiem płacenia odszkodowania.

 

6. Czy komornik będzie mi potrącał całą pensję?

Kwota zajęcia komorniczego z wynagrodzenia uzależniona jest od wysokości płacy minimalnej. W 2021 roku jest to 2800 zł brutto. Minimalne wynagrodzenie jest wolne od zajęcia komorniczego. Jeżeli osoba zatrudniona na podstawie umowy o pracę zarabia najniższą krajową, komornik nie może potrącić ani złotówki z jej wynagrodzenia (z wyjątkiem zajęć alimentacyjnych).

Poza kwotą, którą komornik musi zostawić do dyspozycji dłużnika, jest także maksymalny próg zajęcia wynagrodzenia wyższego niż płaca minimalna. Komornik może zająć maksymalnie:

  • 60% wynagrodzenia miesięcznego w przypadku dłużników alimentacyjnych (do dyspozycji dłużnika powinna pozostać równowartość 40% minimalnego wynagrodzenia obowiązującego w danym roku);
  • 50% wynagrodzenia miesięcznego w przypadku pozostałych dłużników.

 

7. Czy podjęcie pracy na podstawie umowy zlecenia chroni mnie przed komornikami bardziej niż umowa o pracę?

Osoby, które utrzymują się w całości z pracy na podstawie umowy zlecenia, są teraz w nieco lepszej sytuacji w kontekście postępowania egzekucyjnego niż kilka lat temu. Komornik nie zawsze ma prawo do zajęcia całkowitego wynagrodzenia, lecz w określonych przypadkach powinien zostawić dłużnikowi kwotę niezbędną do przeżycia. Aktualnie jest to równowartość minimalnego wynagrodzenia za pracę, która byłaby uzyskiwana na podstawie umowy o pracę. I tutaj uwaga! Nie każdy dłużnik zatrudniony na umowę zlecenie jest jednak objęty ochroną! Zadłużone osoby fizycznej, zatrudnione na podstawie umowy zlecenia, mają zapewnione środki do przeżycia wtedy, gdy są w stanie wykazać, że uzyskują wynagrodzenie na co dzień i mają płynność finansową, a praca w oparciu o umowę cywilnoprawną jest ich źródłem utrzymania. Są to więc osoby uzyskujące stałe dochody (praca na podstawie umowy zlecenie nie jest tylko dorywcza). Wynagrodzenie z tytułu umowy cywilnoprawnej musi być także jedynym źródłem dochodu, a uzyskiwane zarobki muszą mieć formę powtarzalną – wpływać na konto regularnie i w określonym terminie. Jeśli powyższe zasady są spełnione, komornik z umowy zlecenia może pobrać tylko tyle funduszy, by dłużnik nadal posiadał na koncie równowartość minimalnej miesięcznej pensji. W celu skorzystania z ochrony przed zajęciem całego wynagrodzenia, osoby zatrudnione na podstawie umowy zlecenia muszą zgromadzić dokumenty potwierdzające spełnienie powyższych reguł. Przydadzą się tutaj wyciągi z konta bankowego oraz sama umowa.

Biorąc pod uwagę powyższe trzeba przyznać, iż to umowa o pracę przyznaje dłużnikowi o wiele lepszą ochronę przed egzekucją komorniczą, a dodatkowo nie nastręcza dłużnikowi problemów w dowodzeniu wykonywanej pracy (zlecenia).

 

8. Czy po wyrejestrowaniu działalności wierzyciel może złożyć wniosek o moją upadłość – jako przedsiębiorcy bądź konsumencką?

 Odpowiedni wybór postępowania upadłościowego – przedsiębiorcy lub konsumenta, zależy co do zasady od tego, jaki status posiada dłużnik w momencie składania wniosku. Po wyrejestrowaniu działalności gospodarczej mamy do czynienia nie z przedsiębiorcą, a osobą fizyczną nieprowadzącą działalności gospodarczej, wobec czego możliwe jest ubieganie się o upadłość „konsumencką”. Co do zasady, wniosek o ogłoszenie upadłości konsumenckiej może złożyć wyłącznie sam dłużnik, nawet jeśli ma tylko jednego wierzyciela. Natomiast w przypadku osoby fizycznej, która była przedsiębiorcą, wniosek może złożyć również wierzyciel, także po zaprzestaniu prowadzenia przez dłużnika działalności gospodarczej, jeśli od dnia wykreślenia z właściwego rejestru nie upłynął jeszcze rok. Wierzyciel może również złożyć wniosek o ogłoszenie upadłości osoby fizycznej, która faktycznie prowadziła działalność gospodarczą, nawet wówczas, gdy nie dopełniła obowiązku jej zgłoszenia we właściwym rejestrze, jeżeli od dnia zaprzestania prowadzenia działalności nie upłynął rok.

 

9. Czy wyrejestrowanie działalności gospodarczej obciążonej długami może utrudnić mi w przyszłości jej ponowne założenie?

Prowadząc działalność gospodarczą, przedsiębiorca ma nie tylko szereg praw, ale i obowiązków, do których zalicza się konieczność złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości w terminie miesiąca od dnia zaistnienia stanu niewypłacalności. Przedsiębiorca, który nie dopełni tej powinności, musi liczyć się z poważnymi konsekwencjami – w stosunku do niego może zostać orzeczony zakaz prowadzenia działalności gospodarczej. Możliwość orzeczenia zakazu prowadzenia działalności gospodarczej wobec przedsiębiorcy została przewidziana w art. 373 ustawy Prawo upadłościowe. Sąd może orzec pozbawienie na okres od jednego do dziesięciu lat prawa prowadzenia działalności gospodarczej na własny rachunek lub w ramach spółki cywilnej itd. wobec osoby, która ze swojej winy m.in. nie złożyła w ustawowym terminie wniosku o ogłoszenie upadłości, będąc do tego zobowiązaną.

Wniosek o orzeczenie zakazu prowadzenia działalności w stosunku do niewypłacalnego przedsiębiorcy może złożyć m.in.: syndyk, zarządca przymusowy lub Komisja Nadzoru Finansowego. Prawo upadłościowe przewiduje, że zakaz prowadzenia działalności gospodarczej w stosunku do przedsiębiorcy może zostać orzeczony przez sąd na okres od 1 do 10 lat. Warto przy tym pamiętać, że ustanowienie zakazu jest fakultatywne – sąd może, ale nie musi tego robić. To, czy sąd wyda postanowienie o zakazie prowadzenia działalności gospodarczej w stosunku do dłużnika, zależy od jego zachowania.

Na marginesie dodać trzeba, że jeżeli podstawa do ogłoszenia upadłości powstała w okresie obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii ogłoszonego z powodu COVID-19, a stan niewypłacalności powstał z powodu COVID-19, bieg terminu do złożenia wniosku o ogłoszenie upadłość nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega przerwaniu.

 

Kilka słów na koniec

W dzisiejszym wpisie odpowiedziałem na kilka podstawowych pytań związanych z długami w kontekście JDG oraz etatu. Jeśli ktoś z szanownych Czytelniczek lub Czytelników ma pytania dotyczące zagadnienia upadłości lub potrzebuje pomocy w tym temacie, to zapraszam: kontakt@bialekolnierzyki.com

 

Zdjęcie ilustrujące wpis jest poglądowe! Osoby, rzeczy lub sytuacje przedstawione na zdjęciu NIE mają bezpośredniego związku z treścią niniejszego wpisu!

Lichwiarze, weksle i przejmowanie nieruchomości

Dziś przyjrzymy się pewnym praktykom stosowanym przez lichwiarzy, w których bardzo często wykorzystywano właśnie weksle oraz przewłaszczenie na zabezpieczenie (ale nie tylko!). Będzie to więc wpis typowo prawniczy, taki “techniczny” można powiedzieć, ale tradycyjnie niepozbawiony wątków bardziej sensacyjnych. ????

 

Schemat udzielania lichwiarskiej pożyczki w oparciu o weksle

Zacznę może od tego, że w 2006 roku weszły w życie przepisy o odsetkach maksymalnych, które w zamyśle miały ograniczyć tzw. Dziki Zachód na rynku pożyczek pozabankowych. Wydawać by się zatem mogło, że lichwiarze zostali postawieni pod ścianą, a przejmowanie nieruchomości wartej kilkaset tysięcy PLN za pożyczki w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych + horrendalne odsetki przejdą do historii. Otóż niekoniecznie! Na horyzoncie pojawiło się bowiem potencjalnie doskonałe rozwiązanie: weksle.

Dlaczego lichwiarze pokochali weksle

Tradycyjne lichwiarskie umowy udzielenia bardzo wysoko oprocentowanej pożyczki w świetle nowych regulacji prawnych straciły rację bytu. W związku z tym zaczęto pozorować sprzedaż weksli. W praktyce wyglądało to tak, że lichwiarz zawierał z pożyczkobiorcą tzw. porozumienie wekslowe, zgodnie z którym pożyczkobiorca „sprzedawał” wystawiony przez siebie weksel własny remintentowi, czyli pożyczkodawcy. Porozumienie to przewidywało również, że pożyczkobiorca zobowiązuje się do wykupienia weksli od remitenta (czyli w tym przypadku lichwiarza) w określonych terminach.

No i teraz najciekawsze: część weksli opiewała na właściwą kwotę pożyczki wraz z oprocentowaniem (weksle A), a część stanowiły tzw. weksle kaucyjne, inaczej zwane też karnymi (weksle B). No i właśnie te weksle karne (czyli B) wystawcy byli zobowiązani wykupić w przypadku, gdy nie oddali długu na czas, czyli, inaczej mówiąc, nie wykupili weksli opiewających na kwotę pożyczki + odsetki od niej (weksle A). Na pierwszy rzut oka wygląda to może trochę pokrętnie, ale w gruncie rzeczy jest bardzo proste. Oczywiście te karne weksle opiewały na ogół na kwoty kilkukrotnie wyższe niż należność główna, a do tego zwykle nie zawierały daty płatności, którą remitent (czyli lichwiarz) mógł w zasadzie dowolnie określić. Bywały jednak przypadki, w których taka data była określona. Wtedy to remitent (lichwiarz) np. zobowiązywał się zwrócić lub sprzedać takie weksle za symboliczną kwotę – rzecz jasna wtedy, gdy weksle dotyczące należności głównej (weksle A w naszym przykładzie) zostały wykupione w terminie, czyli gdy pożyczkobiorca spłacił zadłużenie.

Jakie korzyści, teoretycznie, zapewniał taki schemat?

Po pierwsze lichwiarze omijali w ten sposób ograniczenia prawne związane z naliczaniem odsetek oraz inne zastrzeżenia umowne niezgodne z prawem. Dziś zresztą także mamy ustawowe ograniczenie wysokości takich odsetek – art. 359 k.c. mówi bowiem o tym, że maksymalna wysokość odsetek wynikających z czynności prawnych nie może w stosunku rocznym przekroczyć dwukrotności odsetek ustawowych, a postanowienia umowne nie mogą tego przepisu wyłączyć. No a ponieważ czas nie wpływał na rozmiary świadczenia określonego w karnych wekslach, to w stosunku do nich nie miały zastosowania ustawowe przepisy o odsetkach maksymalnych – takie były przynajmniej interpretacje.

Po drugie weksle były też niezłą metodą na uniknięcie podatku od czynności cywilno – prawnych (PCC), co jednak w przypadku tego typu interesów, jak lichwa i przy takich stopach zwrotu, można raczej uznać za motyw drugorzędny.

 

Przejmowanie nieruchomości przez lichwiarzy w oparciu o weksle

Pożyczki lichwiarskie „bez BIK” od zawsze były obarczone ponadprzeciętnym poziomem ryzyka – więc co było bardzo pożądane przez lichwiarzy…? Oczywiście zabezpieczenie! A jedną z najlepszych form zabezpieczenia były i są oczywiście nieruchomości. W przypadku lichwiarskich pożyczek stosowano więc zabezpieczenia w postaci:

  • ustanowienia hipoteki,
  • przewłaszczenia na zabezpieczenie,
  • zawarcie umowy zobowiązującej do sprzedaży lub sprzedaży przedwstępnej,
  • ewentualnie w drodze udzielenia tzw. pełnomocnictwa dla zabezpieczenia.

Przewłaszczenie na zabezpieczenie

To właśnie ono było chyba najpopularniejszym schematem stosowanym przez lichwiarzy, a już na pewno jednym z najpopularniejszych. Co prawda były różne kontrowersje w doktrynie, czy taka forma jest dopuszczalna, czy nie, ale ogólnie ją stosowano. W każdym razie w wyniku takiej umowy przewłaszczenia właściciel nieruchomości, czyli pożyczkobiorca, bezwarunkowo przenosił jej własność na wierzyciela, czyli lichwiarza. Tenże wierzyciel z kolei zobowiązywał się do powrotnego przeniesienia własności na pożyczkobiorcę w razie spłaty przez tego ostatniego długu w określonym terminie. W innym wariancie, jeszcze bardziej niebezpiecznym dla dłużnika, w umowie przewłaszczenia nie określano terminu zaspokojenia się wierzyciela z przedmiotu przewłaszczenia. No i lichwiarz mógł wtedy „hodować” należność, nie żądając przez określony czas spłaty od nieświadomego niczego dłużnika. Celem było tutaj osiągnięcie sytuacji, w której stan takiej wierzytelności pozwolił lichwiarzowi na zachowanie nieruchomości.

Lichwiarskie pożyczki a umowa sprzedaży nieruchomości

Tutaj schemat często wyglądał tak, że pożyczkobiorca – właściciel nieruchomości zawierał z lichwiarzem umowę dotycząca sprzedaży tej nieruchomości, oczywiście w formie notarialnej. Równolegle jednak podpisywana była druga umowa, w której wierzyciel (lichwiarz) zobowiązywał się do powrotnego przeniesienia własności tej nieruchomości na zbywcę (pożyczkobiorcę). Niby wszystko ok, ale patent był tutaj taki: ta druga umowa nie była sporządzana w formie wymaganego prawnie aktu notarialnego. No a skoro tak, to była po prostu nieważna – co za tym idzie lichwiarz nie był nią związany i spokojnie mógł zatrzymać nieruchomość (oczywiście pod warunkiem, że pożyczkobiorca nie zdecydował się na wejście na drogę prawną, z czym różnie bywało).

 

Jak to się działo, że pożyczkobiorcy podpisywali skrajnie niekorzystne umowy z lichwiarzami?

Nie będzie chyba zaskoczeniem, że ofiarami opisanych powyżej kombinacji najczęściej padały osoby nieporadne życiowo lub z poważnymi problemami finansowymi, będące pod przysłowiową ścianą. Tacy ludzie zwykle nie mieli zbytniego rozeznania w zawiłościach prawa i nie rozumieli, jakie konsekwencje może nieść za sobą podpisanie wspomnianych umów wekslowych. Zresztą bądźmy szczerzy: wielu wykształconych ludzi też nie wiedziałoby do końca, o co tak naprawdę chodzi z tymi wekslami, bo to dość skomplikowana materia. Do tego, wbrew pozorom, lichwiarze nie zawsze byli „typami spod ciemnej gwiazdy”, obwieszonymi złotymi łańcuchami i jeżdżącymi czarnym BMW z przyciemnianymi szybami. W rzeczywistości często posiadali oni wizerunek typowego „białego kołnierzyka” w dobrze skrojonym garniturze, wzbudzali też zaufanie swoim sposobem wypowiedzi i używaniem wielu prawniczych zwrotów.

Będzie Pan zadowolony…

Lichwiarze potrafili także kłamać bez przysłowiowego mrugnięcia okiem – zwłaszcza w przedstawianiu skutków prawnych zobowiązań zaciąganych przez pożyczkobiorców oraz konsekwencji niewywiązywania się przez nich z umów w określonym terminie. Rzecz jasna zatajali także prawdziwy cel udzielania pożyczek, czyli przejmowanie nieruchomości za ułamek ich wartości – pożyczkobiorcom była przedstawiana wersja, że chodzi tylko i wyłącznie o standardowy zarobek na odsetkach od pożyczki.

Co ciekawe w niektórych przypadkach stosowano „zarzutkę”, jaką miało być załatwienie dużego kredytu. Wyglądało to tak, że klient był namawiany na wzięcie lichwiarskiej pożyczki i podpisanie weksli, a potem, czyli docelowo, miał on jeszcze otrzymać duży kredyt bankowy pozwalający mu na spłatę wszystkich zobowiązań. Lichwiarze powoływali się przy tym na różnego rodzaju „układy” mające sprawić, że taki kredyt zostanie przyznany z pominięciem procedur bankowych. Było to oczywiste oszustwo, ale wiele osób, desperacko poszukujących finansowania, łapało się na takie zapewnienia.

Notariusz a umowa na przewłaszczenie nieruchomości

Przyszedł moment odpowiedni na zadanie istotnego pytania: a jak w takich przypadkach zachowywali się notariusze? Przecież teoretycznie powinni oni stać na straży interesów obu stron umowy i wyłapywać sytuacje, w których np. lichwiarz pożyczając kwotę rzędu 10 czy 20 tys. PLN przejmuje mieszkanie warte 200 tys. PLN. Tyle, że w praktyce niestety nie było to wcale takie proste, a na przeszkodzie stało tutaj złe prawo oraz niespójne orzecznictwo. Jeśli chodzi o to ostatnie, to weźmy taki oto przykład:

– w jednym z orzeczeń Sąd Najwyższy uznał, że proporcja kwoty pożyczki w stosunku do wartości zabezpieczenia może być niewspółmiernie mała (np. 20 tys. vs 200 tys.);

– z kolei w innym orzeczeniu SN stwierdził, że jeśli różnica ta jest drastyczna, to można unieważnić taką umowę.

Którą wersję miałby przyjąć notariusz? Poza tym jak określić to drastyczne zróżnicowanie, skoro nigdzie nie było wytycznych? Czy zatem wspomniane 20 tys. PLN pożyczki kontra zabezpieczenie w postaci nieruchomości o wartości szacunkowej 200 tys. PLN podpada już pod tę definicję…? Ok, tutaj być może tak, ale czy już np. 50 tys. PLN kontra 200 tys. PLN to nadal byłoby drastyczne zróżnicowanie, czy może już nie…? Widzicie sami, że na skutek istotnej luki w przepisach ciężko było podjąć właściwą decyzję.

Dodatkowo jeszcze mamy zasadę swobody umów, z którą związane jest to, że jeśli dana czynność jest zgodna z prawem, to notariusz nie może tak po prostu powiedzieć “Veto!”, tzn. nie może odmówić przeprowadzenia czynności notarialnych. A jeżeli jednak odmówi, co zresztą niejednokrotnie miało miejsce…? Wtedy łamie prawo, a lichwiarz może złożyć skargę do sądu. W praktyce jednak takie skargi były raczej sporadyczne (o ile w ogóle się zdarzały), a lichwiarze po prostu wybierali innego notariusza, który nie miał podobnych dylematów moralnych.

Warto też wspomnieć tutaj o pewnej kwestii, jaką było wprowadzanie notariuszy w błąd przez… samych pożyczkobiorców! Otóż, zgodnie z doniesieniami płynącymi z samego środowiska notarialnego, osoby będące w trudnej sytuacji niekiedy okłamywały notariuszy co do faktycznej kwoty pożyczki – przykładowo twierdziły, że dostają 100 tys. PLN zamiast rzeczywistych 20 tys. PLN. W takiej przykładowej sytuacji nie wchodziło już w grę wspomniane przeze mnie drastyczne zróżnicowanie, więc notariusz nie miał za bardzo podstaw do odmowy wykonania czynności notarialnych. Tutaj jest raczej jasne, że pożyczkobiorcy byli odpowiednio instruowani przez lichwiarzy, co mają mówić w obecności notariusza.

Na koniec tego punktu dodam, że byli też notariusze, którzy jawnie współpracowali z przestępcami – niektóre przypadki były nawet dość głośne medialnie. Jednak zaryzykowałby stwierdzenie, że były to jedynie incydenty tzw. czarnych owiec, a nie norma.

 

Zatrzymanie jednego z członków grupy podejrzewanej o lichwiarskie przejmowanie nieruchomości. W tej sprawie zabezpieczono majątek o wartości ok. 20 milionów PLN. Źródło: CBŚP

 

Czy pożyczkobiorcy mieli szansę skutecznego dochodzenia swoich praw w sądzie?

Oczywiście! Wiele spraw związanych z działalnością lichwiarzy było do wygrania – gdyby tylko trafiły do sądu „pilotowane” przez ogarniętych pełnomocników. Co więcej, w opinii znanych mi prawników specjalizujących się w tematach „okołoupadłościowych”, wiele firm pożyczkowych było skłonnych do sporych ustępstw, jeśli trafiły na profesjonalnego pełnomocnika prowadzącego negocjacje w imieniu dłużnika. Cóż, po prostu przedstawiciele tych firm wiedzieli, że w sądzie może być różnie, a wygrana nie jest wcale przesądzona. Dobry prawnik mógł bowiem wytoczyć cały arsenał zarzutów – dobrym przykładem będzie tutaj oparcie się na art. 58 k.c., który mówi, że cel umowy nie może służyć obejściu prawa lub być niezgodny z zasadami współżycia społecznego. Nie da się ukryć, że „patenty” stosowane przez lichwiarzy można by pod to podciągnąć. Zresztą orzecznictwo też bywało przyjazne dłużnikom – jak już wspominałem, Sąd Najwyższy potrafił wydawać wyroki mówiące, że można stwierdzić nieważność umowy przewłaszczenia na zabezpieczenie w przypadku ustanowienia na rzecz wierzyciela nadmiernego lub zbytecznego zabezpieczenia wierzytelności.

Dlaczego więc lichwiarze działali niekiedy praktycznie bezkarnie?

Powody są bardzo złożone. Zacznę od tego, że bardzo duża część klientów lichwiarzy stanowiły osoby nieporadne życiowo, do tego zwykle obarczone ogromnymi problemami finansowymi. Lichwiarze wykorzystywali to z pełną premedytacją wiedząc, że bardzo duża część takich osób nie złoży zawiadomienia o przestępstwie i nie pójdzie do sądu, ponieważ zwyczajnie nie mają pieniędzy na honorarium dla adwokata czy też radcy. A trzeba wiedzieć, że opisywana dziś materia jest w praktyce dość trudna i ciężko tutaj coś wywalczyć bez profesjonalnego wsparcia. Kolejna sprawa to nie do końca jasne przepisy, które z kolei powodowały niekiedy „olewanie” tematu przez prokuratorów. W tego typu przypadkach była bowiem potrzebna szczególnie wnikliwa kontrola sposobu zaspokojenia wierzyciela – jej celem było oczywiście sprawdzenie, czy silniejsza strona umowy (tj. lichwiarz) nie zmierza do osiągnięcia skutku w postaci przepadku przedmiotu zabezpieczenia (nieruchomości). No i cóż, zdarzali się prokuratorzy, którzy nie dopatrywali się znamion przestępstwa i umarzali podobne sprawy. A szkoda…

 

Czy zamiast legalnie działających firm pożyczkowych rynek tzw. trudnych pożyczek przejmą kryminaliści?

Zacznę od tego, że według nowego projektu ustawy antylichwiarskiej zabezpieczenie pożyczek, np. w postaci hipoteki na nieruchomości czy weksli kaucyjnych, nie będzie mogło przekroczyć pożyczonej kwoty, powiększonej maksymalnie o 45%. I to właśnie prawne „blokady” dotyczące zabezpieczeń, a nie ograniczanie wysokości odsetek lub kosztów pozaodsetkowych, mogą się tutaj okazać kluczową kwestią. No i wielu z Was wie, że nie raz i nie dwa krytykowałem zmiany legislacyjne wprowadzane przez aktualnie rządzących, ale tutaj akurat nie wypada ich nie pochwalić, bo wydają się krokiem w dobrym kierunku.

Jednak, niejako w opozycji do zmian, słyszałem głosy w mediach, że wprowadzenie w życie nowej ustawy antylichwiarskiej może oznaczać zniknięcie z rynku wielu firm pożyczkowych. Nie dopowiedziano jednak, że będzie to głównie dotyczyć tych najbardziej „agresywnych”, tzn. stosujących różne niezbyt etyczne sztuczki prawne (min. takie, jak tutaj opisałem). I wiecie co…? Ja tam bynajmniej nie będę takich firm żałował – wrzucenie zwykłej lichwy w eleganckie opakowanie nie zmienia bowiem faktu, że to nadal lichwa, którą należy eliminować. Tak się robi w cywilizowanych krajach, jak np. Wielka Brytania, gdzie istnieje prawo mówiące o tym, że jeśli ktoś pożyczy pieniądze od nielegalnie działającego pożyczkodawcy – tzw. loan sharks – na % niezgodny z prawem, to nie ma prawnego obowiązku ich zwracania. Wracając jednak na nasze polskie podwórko dodam, że już zwłaszcza nie zapłaczę za pewną częścią takich podmiotów, które miały jako udziałowców czy właścicieli np. członków grup przestępczych zajmujących się wyłudzaniem podatku VAT – pożyczki były tutaj doskonałym sposobem na maksymalizację zysków. Zaznaczam przy tym jasno, że chodzi tu o pojedyncze przypadki, a nie cały rynek pożyczek pozabankowych, bo to byłoby bardzo krzywdzące i nieprawdziwe pomówienie!

Czy powstanie mafijne podziemie pożyczkowe…?

Powiem tak: opowieści o tym, jak to pozbawieni finansowania konsumenci będą masowo pożyczać pieniądze od „smutnych panów ze złotymi łańcuchami na szyi” można raczej włożyć między bajki. Oczywiście jest to tylko moja prywatna i nieco subiektywna opinia, a nie jakiś powszechnie znany fakt, czy to naukowy, czy potwierdzony przez ekspertów – w każdym razie uzasadnienie macie poniżej.

Każdy, kto choć trochę zna środowisko takich szemranych ludzi, wie, że bez zabezpieczenia w postaci nieruchomości czy np. auta, raczej nie będą oni pożyczać pieniędzy pierwszej lepszej osobie z ulicy, której nie znają i nie wiedzą, czy będzie potencjalnie miała z czego oddać dług. Co innego bowiem pożyczanie komuś znanemu, kogo zachowanie można mniej – więcej przewidzieć, a co innego obsługiwanie dziesiątek lub nawet setek finansowych desperatów. Takie ostrożne podejście „lichwiarzy z półświatka” jest uzasadnione – sam znam chociażby przypadek, w którym taki pożyczkobiorca wziął 10 tys. PLN „na dwa tygodnie”, po czym wyjechał sobie za granicę i ślad po nim zaginął. No a za tak małą kwotę raczej żaden lichwiarz, posiadający choć kilkadziesiąt punktów IQ, nie będzie nachodził rodziny takiego pożyczkobiorcy i jej groził, czy tam bił, ponieważ ryzyko spotkania z prokuratorem jest niewspółmierne do kwoty długu. Podobnych historii jest wiele. Ba, znam osobiście kogoś, kto pożyczył w sumie kilkaset tys. PLN takim przypadkowym osobom na wysoki % bez zabezpieczeń, a dziś ściąga po stówkę – dwie miesięcznie od niektórych ze swoich dłużników. I nawet nie to, że nie mógłby ich „dojechać” – po prostu prowadząc większe interesy zwyczajnie nie opłaca mu się ryzykować problemów z prawem dla jakichś drobniaków. Co do pożyczek zaś, to osoba ta nie daje już nikomu pieniędzy bez zabezpieczenia o wartości co najmniej dwukrotnie wyższej od pożyczanej kwoty. Zatem, reasumując, jeśli możliwość przejmowania nieruchomości przez lichwiarzy w zamian za stosunkowo niewielkie długi zostanie prawnie wyeliminowana, to praktycznie nie ma opcji, aby „kryminalni pożyczkodawcy” przejęli w dużym stopniu rynek po „agresywnych” firmach pożyczkowych.

No i to by było na tyle na dziś. Póki co nie mamy jeszcze nowej ustawy antylichwiarskiej, a wiele firm pożyczkowych wciąż doprowadza do licytacji nieruchomości dłużników. Przy okazji tematu chciałbym więc dodać, że jeśli ktoś z Was lub Waszych bliskich albo znajomych miał problemy z lichwiarzami podobne do tutaj opisanych, to możecie pisać do mnie na maila: kontakt@bialekolnierzyki.com

No a tak informacyjnie jeszcze dodam, że od 2020 roku włączyłem komentarze na blogu, więc jeśli ktoś ma ochotę się wypowiedzieć, to zapraszam! ⬇️

Zdjęcie ilustrujące wpis jest poglądowe! Osoby, rzeczy lub sytuacje przedstawione na zdjęciu NIE mają bezpośredniego związku z treścią niniejszego wpisu!

 

Szybkie i skuteczne odzyskiwanie długów B2B – co należy wiedzieć

Windykacja B2B to temat, wokół którego narosło wiele mitów, a sam proces jej przeprowadzania traktowany jest po macoszemu – i dzieje się tak zarówno w przypadku małych firm, jak i dużych podmiotów robiących milionowe obroty. Częściowo jest to skutek braku elementarnej wiedzy i kompetencji, a częściowo braku czasu i zaangażowania. Dzisiejszy wpis będzie więc swego rodzaju przewodnikiem po tym, jak windykować, aby osiągnąć maksymalną skuteczność.

 

Typowy schemat windykacji w polskiej firmie

Nie ma co ukrywać, że świadomość dochodzenia swoich roszczeń w wielu przypadkach ogranicza się do uproszczonego schematu:

Kontrahent zalega z płatnością, telefon od szefa – obietnica zapłaty. Kiedy? Dokładnie nie wiem, ale zapłacę, czekam na przelew, byłem w szpitalu. Mijają dni, tygodnie, kontakt się urywa albo sytuacja powtarza. Schemat co prawda może wyglądać inaczej, przyjmując różne wariacje. Wszystko sprowadza się jednak do jednego niepodważalnego faktu: braku płatności lub widocznego opóźnienia.

W bardziej rozwiniętych strukturach spotkamy księgową, która zajmuje się windykacją należności. Przysłowiowa Pani Krystyna najlepiej wie, ile dana faktura zalega i co można z tym zrobić.  Czasem, współdziałając z szefem, wystosuje wezwanie do zapłaty, niezbyt często jednak zwracając przy tym uwagę na coś takiego, jak stopniowanie represyjności wezwań. Będąc przy tej kwestii warto pamiętać, że po drugiej stronie mamy też dłużnika, który również lubi (albo i musi, różnie bywa) stopniować priorytety płatności. No i teraz chodzi rzecz jasna o to, aby znaleźć się „w szufladce” z napisem „wysoki priorytet” i nie dać się zepchnąć gdzieś na peryferia.

 

Profesjonalny windykator – czyli właściwie jaki?

Przede wszystkim dobrze przygotowany windykator to osoba doświadczona, potrafiąca używać narzędzi wywierania wpływu, znająca techniki neutralizacji wymówek, argumentacji stanowiska oraz posiadająca umiejętności negocjacji. Musi też czasem postraszyć niesolidnego płatnika – przykładowo informując go o konsekwencjach karnych, jakie mogą na niego czekać w przypadku zapędów na wyzbywanie się majątku. Dobrze byłoby też, aby windykator legitymował się wykształceniem prawniczym oraz doświadczeniem z zakresu psychologii czy ekonomii. No i jedna z najważniejszych rzeczy, którą często się pomija (a przynajmniej takie jest moje zdanie), czyli… kreatywność. Sprawa sprawie bowiem nierówna i to, co zadziała na jednego dłużnika, niekoniecznie musi być dobrym „batem” na drugiego. Bycie kreatywnym ma szczególne znaczenie w przypadku większych spraw, gdzie dłużnik się ukrywa i kombinuje – tutaj standardowym wysłaniem wezwania do zapłaty nic się nie zdziała. Podsumowując: przedstawiony obraz specjalisty ds. windykacji jest daleki od stereotypowego osobnika w dresie i z kijem baseballowym w ręku – to nie lata 90. i w sumie dobrze.

 

Źródło: badanie “Portfel należności polskich przedsiębiorstw” Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce oraz Krajowego Rejestru Długów 

 

Kilka ważnych pojęć z zakresu windykacji – krótkie omówienie

 

  1. Monitoring należności

Celem monitoringu jest dyscyplinowanie niepłacących klientów – w końcu każdemu czasem zdarza się o czymś zapomnieć, a jak ktoś się dopomina i dopomina o swoje, to zwykle zapłacimy mu prędzej niż temu, kto miesiącami milczy. Monitoring należności to także wysyłanie wezwań do zapłaty z odpowiednio dopasowanymi sankcjami w przypadku braku wpłat. Tutaj mamy wiele elementów układanki: monit ponaglający, wezwanie do zapłaty, przedsądowe wezwanie do zapłaty, informacje o wpisaniu dłużnika do KRD, o naliczonych odsetkach, konsekwencjach ewentualnego postępowania egzekucyjnego, czy też wnioskowaniu o sądowe wyjawienie majątku. Oczywiście te elementy należy poukładać w odpowiedniej kolejności, w sposób spójny i logiczny – wtedy to będzie działać prawidłowo.

 

  1. Poszukiwanie majątku dłużnika

Po bezskutecznej windykacji polubownej, gdy telefony już milczą, a wysłane pisma odbijają się zwrotnie, kolejnym etapem powinno być złożenie dłużnikowi wizyty. Jedną z dostępnych opcji jest zatrudnienie profesjonalnego detektywa, ale ze względu na dość spore koszty wierzyciele decydują się na to głównie przy sprawach grubszego kalibru. Druga możliwość to wysłanie w teren doświadczonego windykatora – w większości przypadków bardzo zwiększa to szanse na to, aby wyciągnąć coś ze sprawy.

Dlaczego ustalenie majątku dłużnika jest naprawdę ważne?

Z doświadczenia mogę powiedzieć tak: większość wierzycieli idzie na tzw. łatwiznę i po prostu odpuszcza ten etap. Zwykle jest to błąd. Sprawdzenie miejsca działalności gospodarczej lub miejsca zamieszkania, rozmowa face to face, próba wyciągnięcia informacji od dłużnika o posiadanym majątku itp. mają bowiem istotne znaczenie do oceny sytuacji w kontekście ewentualnego pozwu lub skargi pauliańskiej. Także informacje o zalegających z płatnościami kontrahentach są szalenie ważne. Zgromadzone w ten sposób dane mogą być później przekazane na etapie egzekucji komornikowi, który szybko zajmie wskazany majątek lub wierzytelność z danego kontraktu.

 

  1. Weksel oraz inne formy zabezpieczenia wierzytelności

Dobry windykator niejednokrotnie przekona dłużnika do podpisania weksla – a jakich argumentów przy tym użyje, to już zależy od konkretnej sytuacji. Abstrahując już od psychologicznego oddziaływania takiego dokumentu i faktu, iż stanowi on całkiem niezłe zabezpieczenie roszczeń, to w przypadku zdecydowania się na pozew sądowy obniżamy dzięki niemu koszty postępowania sądowego. Opłata za pozew z weksla wynosi 25% opłaty stosunkowej. Pozwy skierowane w postępowaniu nakazowym są też o wiele tańsze, a do tego szybsze w rozstrzygnięciu. Przykład:

Strona wnosi o zasądzenie nakazu zapłaty opiewającego na 100 tys. PLN. Wysokość opłaty stosunkowej wynosi 5%, czyli 5000 PLN. W przypadku postępowania nakazowego wychodząc z pozwem z weksla opłata wyniesie czwartą część tej kwoty, tj. 1250 PLN. Jest różnica? Jest.

Jeśli chodzi o inne prawne formy zabezpieczenia należności, to można do nich zaliczyć: poręczenia cywilne, umowy przewłaszczenia ruchomości, zastawy rejestrowe, gwarancję bankową, hipotekę czy zgodę dłużnika na dobrowolne poddanie się egzekucji w formie aktu notarialnego. Form zabezpieczenia mamy oczywiście więcej, ale o tym akurat może kiedy indziej.

 

  1. Windykacja a dział handlowy w firmie

Wielu przedsiębiorców nie zdaje sobie sprawy z tego, że skutecznym rozwiązaniem wielu problemów z zaległymi płatnościami może być… właściwe przeszkolenie działu handlowego. Celem naszych handlowców jest oczywiście pozyskiwanie nowych klientów, jednak sprzedawanie każdemu na odroczony termin płatności bez odpowiedniej polityki kredytowej, procedur czy form zabezpieczenia to pierwszy gwóźdź do przysłowiowej trumny. Odpowiednie procedury w firmie, system motywowania bądź sankcji związanych z odpowiedzialnością za spływy gotówki, to elementarne zasady. Szczególny nacisk na ten model należałoby zwracać uwagę zwłaszcza w przypadku dużych podmiotów. Tymczasem w wielu firmach wygląda to tak:

Sprzedawca na siłę wpycha towar zadłużonemu klientowi, a jednocześnie walczy z działem windykacji o to, czy np. wstrzymać bądź wydać towar.

Zjawisko często występujące, a przecież w ramach jednej firmy powinno się grać do jednej bramki! W skali dużego przedsiębiorstwa podobne podejście może skutkować ciężkimi do odrobienia stratami – zwłaszcza w niskomarżowych branżach.

Oczywiście to też nie jest tak, że account / sales manager będzie w stanie zastąpić zawodowego windykatora. Weźmy taki oto przykład: czy wątpliwości odnośnie konsekwencji podpisania zastawu rejestrowego wyjaśni zdeterminowany handlowiec, który musiałby biegle znać ustawę o zastawie rejestrowym i rejestrze zastawów…? Raczej nie. Z doświadczenia wiem, że windykator z wiedzą z zakresu prawa i doświadczeniem w rozmowach z dłużnikami zdecydowanie lepiej sprawdzi się w takim przypadku. Tu jednak wychodzimy poza podstawowy zakres ściągania długów na zlecenie wchodząc w model bardziej kompleksowej obsługi od A do Z.

Na koniec tego punktu warto też dodać, że osobiste relacje na linii klient-handlowiec powinny być wykorzystanie w stopniu maksymalnym jako źródło informacji, czy też możliwość podpisania dokumentów zabezpieczających. Doświadczona firma windykacyjna (lub też dobry windykator zatrudniony na etacie) będzie nastawiona na kompleksową współpracę z działem handlowym jak i prawnym. Szybki przepływ informacji – celem maksymalizacji efektów, a niekoniecznie stawianiu na piedestale działań ze swojego podwórka. Niemniej wszystko to zależy od zakresu współpracy, na jaką decyduje się klient.

 

Źródło: badanie “Portfel należności polskich przedsiębiorstw” Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce oraz Krajowego Rejestru Długów 

 

Profesjonalna firma windykacyjna, czy od razu komornik?

Po pierwsze i najważniejsze: każde odzyskanie należności na drodze sądowej to koszty. Koszty zastępstwa w procesie, uzyskania prawomocnego tytułu, zastępstwa w egzekucji… Do tego dochodzi niejednokrotnie opłata abonamentowa, która firmy płacą kancelariom prawnym za sporządzenie wezwań do zapłaty (którymi mógłby spokojnie zająć się windykator).

Co dzieje się dalej? Na etapie egzekucji tanio też nie jest: zaliczki na wydatki komornika, zaliczka na zapytanie, korespondencję, poszukiwanie majątku, jednorazowo przeprowadzone czynności terenowe, opłata za nagrywanie czynności – a tu sprawa nadająca się do umorzenia… Wierzyciele powinni też wiedzieć, że w wielu kancelariach komorniczych tzw. czynności terenowe polegają na jednorazowej wizycie u dłużnika (a nie zawsze można go zastać). Nie powinno to zbytnio dziwić z uwagi na bardzo dużą liczbę spraw, jakie przypadają na jedną kancelarię – liczby rzędu kilku tysięcy nie będą tutaj niczym niezwykłym.

 

Realia pracy niektórych komorników

Ciekawym procederem funkcjonującym w wielu komorniczych kancelariach było (a myślę, że nadal jest) spisywanie protokołów z czynności terenowych „zza biurka”. Źródłami wiedzy „operacyjnej” były tutaj podwójne awizo oraz niezawodne Google Maps. Praktyki takie stosowane były względem dłużników z adresem zamieszkania odległym od kancelarii komornika (komu by się chciało tłuc przez pół Polski) lub z licznymi zbiegami na rachunkach bankowych. Oczywiście wierzyciel na ogół nie miał możliwości zweryfikowania, czy tak naprawę komornik poważnie zajął się jego sprawą i pojechał szukać majątku dłużnika, czy tylko „ściemniał” i wypisał fikcyjny protokół. Sprawa „załatwiona” w taki sposób była zwykle umarzana jako bezskuteczna. Co do przyczyn takich praktyk, to należy ich upatrywać w wielu różnych kwestiach i w zasadzie trzeba byłoby omówić to w oddzielnym wątku (może kiedy indziej). Po prostu przy nawale spraw nikt nie będzie się przesadnie rozczulał nad naszym dłużnikiem, wizytując go po kilkanaście razy. Taka jest prawda – brutalna, ale prawda.

 

Źródło: raport Krajowego Rejestru Długów, edycja III kwartał 2018

 

Czy warto od razu iść do prawnika z niezapłaconą fakturą?

Profesjonalna kancelaria obsługująca nasze przedsiębiorstwo to niewątpliwie duża zaleta i pomoc w załatwieniu często skomplikowanych spraw – co do tego nie ma raczej wątpliwości. Jeśli jednak chodzi o windykację należności, to powierzenie jej wyłącznie prawnikom może prowadzić do tego, że podążymy nie tą ścieżką, co trzeba. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że większość prawników będzie mocno sugerować jak najszybsze składanie sprawy do sądu – mimo, że nie zawsze będzie to optymalne rozwiązanie! Wykorzystanie wielu narzędzi windykacyjnych może bowiem skutkować polubownym wyegzekwowaniem należności, co pozwoli uniknąć kosztów. Dla lepszego przedstawienia tematu „pobawiłem” się w krótkie porównanie (poniżej).

 

Windykator vs Prawnik

Zanim „padną strzały” w tym pojedynku, chciałbym mocno podkreślić jedną rzecz: nie twierdzę wcale, że prawnicy nie znają się na swojej robocie!  Chodzi jednak o to, aby w miarę możliwości jednak do sądu nie iść, lecz skutecznie odzyskać dług na etapie przedprocesowym. A tutaj już często doświadczony windykator wygra z prawnikiem, co zaraz przedstawię w oparciu o konkretne zagadnienia.

 

> Styl działania

Windykator zadzwoni, zneutralizuje standardowe wymówki dłużnika i przedstawi stosowne sankcje. Siły perswazji, doświadczenia i umiejętności nabytych latami nie da się porównać w żaden sposób do standardowego wysłania wezwania do zapłaty (choćby perfekcyjnie napisanego), co robi większość prawników – i na tym poprzestaje do momentu, w którym sprawa trafia do sądu.

 

> Monitoring należności

Ważna rzecz: o ile wzory pism przygotuje nam profesjonalna kancelaria prawna ponosząc za to odpowiedzialność, to jednak warto się zastanowić, czy kontakt z kilkudziesięcioma klientami będzie odbywał się przez naszego prawnika…? W większości przypadków odpowiedź brzmi nie – mecenas zwyczajnie nie będzie miał na to czasu, a często też i ochoty. Zresztą bez wypracowanego systemu ciężko jest skutecznie monitorować należności w szerszej skali – a to właśnie potrafią dobre firmy windykacyjne.

 

> Czynności terenowe

Sprawny terenowy lis śledczy (czyli windykator) odwiedzi feralnego dłużnika, przeprowadzi wywiad środowiskowy, a i niejednokrotnie wyciągnie niezwykle cenne informacje. Co zrobi nasz radca prawny w terenie? W większości przypadków niestety nic, gdyż po prostu tam nie pojedzie. Mecenas nie jest bowiem od tego, aby „bawić się w detektywa” i, zgodnie z moją wiedzą, rzadko któremu chce się to robić.

 

> Czas

W polskich realiach za organ zajmujący się ściąganiem długów uchodzi komornik sądowy. Jednak proces uzyskania tytułu wykonawczego i skierowania sprawy do egzekucji niekoniecznie jest szybki i prosty. Powiem więcej: w wielu przypadkach może trwać miesiącami, a w przypadku doświadczenia drugiej strony procesowej lub też skorzystania przez nią z usług kancelarii antywindykacyjnej nawet dłużej. Z usług windykacji możemy korzystać od razu, nie oglądając się na komornika.

 

> Doradztwo

Celem profesjonalnej firmy windykacyjnej kompleksowo zajmującej się ściąganiem należności, będzie efektywna współpraca zarówno z działem handlowym, jak i prawnym oraz z zarządem firmy. Połączenie narzędzi i instrumentów z zakresu prawa oraz informacji pochodzących od działu handlowego pozwoli doświadczonemu windykatorowi zmaksymalizować szanse na skuteczne wyegzekwowanie długu. Taki zamysł niekoniecznie będzie przyświecał naszemu pełnomocnikowi, żyjącemu przecież w dużej mierze z benefitów za kolejne pozwy sądowe.

 

> Szkolenia

Profesjonalne firmy windykacyjne oprócz ściągania należności często oferują także szkolenia z zakresu zabezpieczeń umów, minimalizowania ryzyka i podstaw windykacji należności w przedsiębiorstwie. Oczywiście nie każde z takich szkoleń jest warte uwagi, ale jeśli są one przeprowadzane przez doświadczonego windykatora – praktyka, który np. organizował działy windykacyjne w korporacjach, to naprawdę potrafią zrobić różnicę w późniejszym funkcjonowaniu firmy. Przeciętny prawnik prowadzący kancelarię nie będzie miał takiej wiedzy operacyjnej dotyczącej „poukładania” procesów związanych z należnościami w dużych przedsiębiorstwach – choć oczywiście mogą się tutaj zdarzyć wyjątki.

 

> Koszty

Wiele firm windykacyjnym za standardowe usługi pobiera jedynie prowizje od wyegzekwowanych roszczeń – najczęściej rozlicza się to % w momencie ściągnięcia długu. Klient nie musi więc ponosić kosztów obsługi prawnej, kosztów procesu, czy następnie kosztów egzekucyjnych (o długości ciągnących się w czasie postępowań nie wspominając). Wyjątkiem są oczywiście zlecenia niestandardowe (np. gdy w grę wchodzi popełnienie wyrafinowanego przestępstwa), w przypadku których windykatorzy pobierają część wynagrodzenia z góry.

 

> Nieszablonowe działanie

W przypadku świadomych dłużników i doświadczonych oszustów standardowa procedura polegająca na zaufania prawnikowi i złożenia pozwu do sądu nie wystarczy. Po prostu jeśli pójdziemy tak wydeptaną ścieżką, to szansa na odzyskanie straconych środków będzie znikoma. Niestety, ale w takich sytuacjach potrzebne są rozwiązania nieszablonowe, niekiedy na granicy prawa, od których wielu prawników raczej stroni z obawy o swoją reputację (bycie mecenasem bowiem zobowiązuje i wiąże się z pewnymi ograniczeniami). Windykatorzy, którzy przeżyli już swoje i z niejednego pieca chleb jedli (czyt. niejednego trudnego dłużnika odwiedzili), będą na ogół zdecydowanie ostrzejsi w działaniu.

 

Krótkie podsumowanie + coś ciekawego

Moim zdaniem dobry windykator w większości przypadków zwycięża z prawnikiem na etapie windykacji przedsądowej – zdaję sobie jednak sprawę z tego, że część Czytelników się ze mną nie zgodzi. Windykacja jest jednak branżą specyficzną, a już szczególnie wtedy, kiedy ma się do czynienia z tzw. trudnymi dłużnikami, którzy świadomie wykorzystują różne luki w prawie lub też zwyczajnie od samego początku są nastawieni na oszustwo. Aby „dopaść” takich gagatków nie wystarczy po prostu wytoczyć im proces – trzeba wykonać przed tym serię posunięć oraz zgromadzić odpowiednie dowody. I to jest właśnie zadanie dla dobrego windykatora ???? Przy okazji – jeśli masz do odzyskania długi B2B, to pisz śmiało na maila: kontakt@bialekolnierzyki.com 

Darmowe materiały dla subskrybentów! 

Chcesz mieć dostęp do większej ilości przydatnej wiedzy? W takim razie zachęcam Ciebie do zapisywania się na nasz newsletter, w którym będziemy Tobie przesyłać ekskluzywne materiały dotyczące praktycznego zastosowania prawa w naszej rzeczywistości gospodarczej. Za darmo i bez zobowiązań! Link do zapisów: ➡️ kliknij