Oszustwa w budownictwie – podstawowe schematy

Jak wielu z Was zapewne wie, szeroko pojęta budowlanka jest jedną z branż szczególnie narażonych na różnego rodzaju oszustwa. Ba, można wręcz powiedzieć, że niektóre firmy mocno wyspecjalizowały się w dociskaniu podwykonawców i jest to ich specyficzny model biznesowy. No i właśnie o takich przypadkach będę dziś mówił.

 

Dla tych, którzy wolą oglądać

 

 

Dla tych, którzy wolą czytać

 

Kary umowne – wprowadzenie

Zacznę od tego, że chyba najczęściej stosowanym w praktyce instrumentem wywierania nacisków na podwykonawców są kary umowne stosowane w kontraktach. Wiadomo, że opóźnienia na różnych odcinkach budowy potrafią generować duże koszty, więc obciążanie karami niesolidnych kontrahentów wydaje się zasadne. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy wykonawca zrobił swoją robotę jak należy, ale mimo tego nie otrzymuje należnych mu pieniędzy pod pretekstami wziętymi z przysłowiowej czapki.

Przykład: niedokładne, zdaniem dewelopera, sprzątanie placu budowy, gdzie w trakcie robót budowlanych trudno utrzymywać teren w sterylnej czystości.

To był przypadek dość ekstremalny, ale zanim przejdę do omawiania schematu, pewnie pojawi się pytanie: a ile taka kara umowna może wynosić?
Odpowiadam: przykładowo będzie to 0,5% lub 1% wartości zleconej pracy za każdy dzień zwłoki. Czyli jeżeli mamy kontrakt o wartości 1 miliona złotych, to łatwo policzyć, że za każdy dzień zwłoki jesteśmy 10 tys. złotych w plecy, patrząc oczywiście z perspektywy wykonawcy. Przy kilkunastodniowych przestojach robi się z tego naprawdę spora suma, niejednokrotnie stawiająca pod znakiem zapytania opłacalność kontraktu w ogóle.

 

Przygotowanie gruntu pod oszustwo

Dobrze, oczywiście aby taką karę umowną zastosować, należy wcześniej jakoś spreparować dowody świadczące przeciwko podwykonawcy. Jak to się robi? Jednym z takich szeroko praktykowanych sposobów jest tak zwane fabrykowanie dokumentacji. Polega to na tym, że generalny wykonawca wysyła podwykonawcy dużą ilość dokumentów zawierających szczegółowy spis czynności wykonanych przez tego podwykonawcę na przestrzeni np. tygodnia. W takim spisie mamy bardzo dużo informacji, których na ogół nikomu się nie chce czytać. A nawet jeśli ktoś przeczyta, to znajdzie np. zastrzeżenia typu „niedokładne sprzątnięcie placu budowy, niedokładne zabezpieczenie elementów wsporników” i tak dalej. Takich uwag jest przykładowo jedna – dwie na kilkadziesiąt spisanych czynności i tak naprawdę nie wygląda to na poważne zarzuty. Cóż więc pomyśli sobie w takie sytuacji przeciętny budowlaniec? Pomyśli „a, olać to, czepiają się bez sensu bez sensu o jakieś pierdoły”.

No i cóż, nie zgłaszając od razu swoich zastrzeżeń co do takich wpisów, niemiła niespodzianka czeka naszego budowlańca przy rozliczeniu, gdzie nagle okazuje się, że za takie „pierdoły” generalny wykonawca naliczył mu grube tysiące złotych kar, które teraz chce odliczyć od faktury. No a mały podwykonawca nie bardzo ma tutaj pole manewru, bo generalny występuje z pozycji siły – on ma pieniądze i może je wypłacić albo nie, więc po zdaniu robót tak naprawdę pociąga za sznurki.

Krótki przykład z życia

Pewnemu przedsiębiorcy odmówiono zapłaty za ocieplenie całego remontowanego budynku – dodam, że dość dużego. Pretekstem było to, że ocieplenie zostało zamontowane niezgodnie ze sztuką budowlaną. Przedsiębiorca ten niestety w skutek wstrzymania wypłaty zbankrutował, a wręcz skończył z długami, gdyż nie miał pieniędzy na wypłaty pensji dla kilkunastu pracowników, plus ZUS, skarbówka i tak dalej. Oczywiście potem przyszedł nowy podwykonawca, który to niby to poprawił, a w praktyce w zasadzie nic nie zrobił, ale odbiór prac oczywiście otrzymał.

 

Celowe utrudnianie pracy podwykonawcy

Idźmy dalej. Kolejna sprawa to wlepianie kar za opóźnienia w harmonogramie prac. No i tutaj, w niektórych przypadkach, będą to opóźnienia reżyserowane. Jak to się robi? Przykładowo podwykonawca A opóźnia celowo oddanie wykonanych przez siebie robót. To z kolei powoduje, że podwykonawca B nie może dokończyć swoich robót w terminie, co jest równoznaczne z tym, że generalny wykonawca ma pretekst do obciążenia tegoż podwykonawcy B karą umowną.

Innym sposobem jest wstrzymanie wypłaty wynagrodzenia podwykonawcy przez generalnego inwestora pod byle pretekstem – że przypomnę chociażby wspomniane już wcześniej czepianie się nieposprzątanego placu budowy. Co się wiąże z takim blokowaniem wypłaty wynagrodzenia? Przede wszystkim podwykonawca postawiony w takiej sytuacji często nie ma środków na zakup niezbędnych materiałów, wypłaty dla pracowników i tak dalej. Prace więc się nie posuwają, a termin ich oddania biegnie nieubłaganie. Tutaj bardzo często osoba z ramienia generalnego wykonawcy uspokaja, mówi, że to wstrzymanie wypłaty to do czasu, aż się wyjaśnią wątpliwości i tak dalej.

 

Szybkie case study

Prześledźmy teraz, jak to się rozgrywa w praktyce. Odwołam się tu do wcześniejszego przykładu, gdzie podwykonawca B nie może wejść na plac budowy w terminie, ponieważ podwykonawca A zaliczył obsuwę czasową (bywa, że ustawioną). W takiej sytuacji mamy chociażby inspektora, który z ramienia generalnego wykonawcy nadzoruje prace i uspokaja podwykonawcę B, że wszystko będzie OK, że ten okres przestoju zostanie doliczony do umownego terminu i tak dalej. Podwykonawca B wierzy inspektorowi i uspokaja się. Jest jednak pewien myk: te ustalenia robione są na przysłowiową gębę. Co dalej… Realizacja zbliża się ku końcowi, a tu nagle nasz inspektor zostanie przeniesiony na inną budowę, a na jego miejscu pojawia się nowy. I tutaj podwykonawca B przeżywa niemiłe zaskoczenie, gdyż nowy inspektor twierdzi, że on o żadnych ustaleniach dotyczących przesunięcia terminu nie wie, nie ma o tym śladu w papierach, a opóźnienie jednak jest. No a skoro tak, to niestety, ale podwykonawca B będzie musiał zapłacić karę umowną. I co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz…

Oczywiście tego typu zagrywki najczęściej mają miejsce wtedy, gdy budowa jest już na ukończeniu, gdyż po prostu wtedy najbardziej się opłaca to robić. Trzymając się tego wątku warto jeszcze wspomnieć o przeróżnych pracach dodatkowych, mających finalnie na celu nałożenie na podwykonawcę kary umownej. W praktyce wygląda to tak, że w trakcie robót proponuje się podwykonawcy zrealizowanie dodatkowych prac, za które ma on otrzymać osobne wynagrodzenie. Te dodatkowe prace określane są jako pilne, więc generalny wykonawca naciska na jak najszybszą ich realizację, kosztem odsunięcia w czasie realizacji prac wchodzących w skład pierwotnego kontraktu. Jak się zapewne domyślacie, także i tutaj nie ma w pierwotnym kontrakcie zmian pisemnych odnośnie przesunięcia terminu. No i podwykonawca już się cieszy, że zarobił dodatkowe pieniądze, a tutaj niespodzianka: kary umowne za niedotrzymanie terminu pierwotnego kontraktu.

 

Generalny wykonawca gra nieczysto

Jeszcze inny patent to celowe opóźnianie momentu odbioru prac. Może to stanowić duży problem, jeśli przykładowo mamy do czynienia z tak zwanymi robotami zanikającymi, jak chociażby położenie warstwy pod budowę drogi, na którą potem ma zostać położony asfalt. Tak obrazowo: jeśli firma A nie ma odebranych prac, a firma B przed tym odbiorem zaleje wszystko asfaltem, to potem firmie A trudno jest udowodnić, że wykonała swoją pracę zgodnie ze sztuką i tym samym zasługuje na wypłacenie jej pełnego wynagrodzenia. Nie ma formalnego protokołu odbioru (jeśli już, to na tzw. gębę) i podwykonawca jest w ciężkiej sytuacji, ma gorsze pole negocjacyjne.

Z odwlekaniem odbioru przez generalnego wykonawcę wiąże się też kolejna technika oszustwa, która polega na wprowadzaniu na budowę nowych podwykonawców. Mamy tutaj sytuację zbliżoną do tej, o której mówiłem przed chwilą, czyli występują problemy z ocenieniem jakości już wykonanych prac, gdyż zostały one przykryte innymi pracami. Tak więc firma A ma problemy z uzyskaniem odbioru części już wykonanych prac, ale ma do wykonania jeszcze inne zadania na tej budowie. Generalny wykonawca jednak na jej miejsce bierze innego podwykonawcę, czyli firmę C, która jest droższa. W efekcie powstaje zamieszanie, bowiem nie do końca wiadomo, kto wykonał jaką część prac, tak więc generalny wykonawca ma pretekst do odmowy wypłaty pieniędzy za część prac wykonanych przez firmę A, która weszła na plac jako pierwsza. Na jakiej podstawie? Otóż firma C jest w zmowie z generalnym wykonawcą i przedstawia rzekomo prawdziwe faktury za materiały zakupione na potrzeby zlecenia, potwierdzenie ze strony swoich pracowników – itp. itd. Tym samym przypisuje sobie wykonanie części prac, które w rzeczywistości zrealizowała firma A. Chamskie zagranie, ale niestety często skuteczne. Podobnie nagle podlicza się wykonawcy A wszelkie rzekome niedopatrzenia i nagle okazuje się, że kary umowne stanowią większość wynagrodzenia!

 

Cel: wypłacić podwykonawcy jak najmniejszą kwotę

Wszystko to bowiem zmierza ku jednemu celowi: maksymalnemu obcięciu wynagrodzenia wypłaconego podwykonawcy. Postawmy się teraz w sytuacji małej firmy zatrudniającej kilkudziesięciu pracowników. Za własne pieniądze zakupiliśmy część materiałów, pracownikom trzeba wypłacić pensje, leasingi za maszyny same się nie spłacą, a tutaj generalny wykonawca nie chce nam puścić przelewu! Stajemy więc de facto przed wizją bankructwa. Do tego mamy świadomość, że o swoje upomni się ZUS i skarbówka, więc może dojść do licytacji prywatnego majątku przedsiębiorcy. I nie były to niestety tylko czcze obawy – takiego właśnie losu doświadczyło wielu przedsiębiorców budujących polskie autostrady. Mając tą wiedzę oraz świadomość, że dochodzenie swoich praw może potrwać kilka lat, a wynik i tak jest mocno niepewny, jesteśmy w pewnym momencie gotowi podpisać ugodę i przyjąć choć część wynagrodzenia, które pozwoli nam zachować płynność finansową i uratować naszą firmę. Niestety, wielkie firmy budowlane będące generalnymi wykonawcami mają tego świadomość i bezwzględnie wykorzystują swoją silną pozycję.

 

Kilka słów podsumowania

Rzecz absolutnie podstawowa: zawsze analizujcie umowę, którą podpisujecie! Najlepiej, jeśli zrobi to profesjonalny prawnik wyspecjalizowany w tej tematyce. Pozornie niegroźne zapisy mogą bowiem spowodować prawdziwy dramat. Poza tym trzymajcie się zasady: nic na gębę – wszystko na piśmie. Ma to tę zaletę, że po pierwsze macie w razie czego podkładkę pod ewentualny proces, a po drugie jeśli generalny wykonawca zobaczy, że jesteście ogarnięci w temacie, to jest większa szansa, że oszuka kogoś bardziej łatwowiernego, a nie Was. Ja wiem, że brzmi to brutalnie, no ale takie jest życie polskiego budowlańca.

Zdjęcie ilustrujące wpis jest poglądowe! Osoby, rzeczy lub sytuacje przedstawione na zdjęciu NIE mają bezpośredniego związku z treścią niniejszego wpisu!

Dlaczego w Polsce tak trudno zbudować dobrą drogę lokalną?

Prawie równo rok temu popełniłem wpis pod tytułem „Dlaczego drogi lokalne w Polsce tak szybko się niszczą?”. Dziś przyszła pora na coś w rodzaju prequela, do tego opowiedzianego z perspektywy byłego dyrektora firmy budowlanej z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem w temacie, który w prostych słowach wyjaśni o co tak naprawdę chodzi z tymi drogami.

Wprowadzenie

Jak wyglądają polskie drogi po tegorocznej zimie, tego tłumaczyć nie muszę. Dramat – szczególnie na wsiach i pod miastem. Przemierzając niektóre odcinki przebijamy się wręcz przez tzw. asfaltowe kartofliska, gdzie stosunek dziur do płaskich nawierzchni wynosi mniej więcej 50/50. Drogi takie od lat są tylko naprawiane, czyli flekowane i czasem przez dekadę nie mogą doczekać się kompletnej wymiany nawierzchni. Wreszcie, gdy już wkurwi*nie mieszkańców przekracza wszelkie granice, pada decyzja: robimy! Wtedy rozpoczyna się istna szopka. Władze zwołują wiece, przecinają wstęgi, czasami odbiorowi drogi towarzyszą fety w miejscowej remizie. Co nie będzie zapewne zaskoczeniem, natężenie takich działań jest szczególnie zauważalne przed nadchodzącymi wyborami.
Do tego momentu nie ma jeszcze tragedii – wszak bawić się i świętować jest rzeczą ludzką, tak samo jak robić sobie dobry PR wyborczy. Gdyby taka wyczekiwana inwestycja była wykonana zgodnie ze sztuką, można by tu temat zakończyć. Niestety, problem leży w tym, że niektóre drogi sypią się już po pierwszej zimie. Inne z kolei wytrzymują pełen rok, ale już nagminnie „padają” po okresie gwarancji, by znowu czekać latami na nową inwestycję. No właśnie, tutaj dochodzimy do pytania: dlaczego tak trudno w polskich realiach zbudować drogę, która będzie trwała?

Problem leży u podstaw!

Zanim przysłowiowa pierwsza łopata zostanie wbita w ziemię, każdą inwestycję poprzedza projekt, który powstaje w oparciu o wytyczne. Już tutaj zaczynają się schody, ponieważ aby droga była trwała, trzeba przeprowadzić analizę i badania. Bardzo ogólnie trzeba więc wiedzieć, jakie będzie natężenie ruchu na danym odcinku, obciążenie, a także przeprowadzić badania geologiczne, aby poznać chociażby skład rodzimego gruntu czy starej podbudowy.
Solidne dane stworzone w oparciu o tego typu wytyczne pozwoliłyby projektantowi stworzyć solidny projekt. Niestety, w polskich realiach o takich badaniach można tylko pomarzyć. Dlaczego? Tu już nawet nie chodzi o sam koszt takiej usługi – częściej jest to obawa przed tym, że badania spowodują wzrost kosztów samej inwestycji. Mówiąc krótko po takich badaniach inwestycja musiałaby być wykonana zgodnie ze sztuką budowlaną = będzie drożej. A tymczasem władze są wybierane co kilka lat, a liczy się tzw. kiełbasa wyborcza i kilometry – “WINCYJ KILOMETRÓW za naszej kadencji” i tak dalej… Ma więc być dużo i tanio, a to w zasadzie wyklucza dobrze.
W konsekwencji badań właściwie nie ma albo są one bardzo powierzchowne. Projektant dostaje więc niepełny lub nawet mylny obraz miejsca realizacji projektu. Już samo to powoduje, że nawet uczciwy i rzetelny fachowiec nie jest w stanie stworzyć dobrego projektu pod konkretną inwestycję. Taki obraz mamy w zasadzie w całym kraju i stan ten trwa od dziesiątek lat, więc branża już się do niego przyzwyczaiła, podobnie jak zlecający prace urzędnicy. No a skoro tak, to projektant wybrany przez inwestora nie ma oporów przed zlecaniem takich projektów studentom, praktykantom lub po prostu skleja taki projekt ze swoich starych, podobnych prac. Jaki może być tego efekt, to zapewne się domyślacie.

Przetargi, przetargi…

No dobra, przebrnęliśmy przez przygotowanie i projekt. Czas więc wybrać wykonawcę! Zdawałoby się, że zleceniodawcy powinno zależeć na tym, aby wykonawcą drogi była rzetelna, sprawdzona firma. Nic z tych rzeczy! W zasadzie zawsze głównym kryterium rozstrzygnięcia przetargu jest cena. Prawo oczywiście dopuszcza inne przypadki, gdzie celem uniknięcia fuszerki można postawić na bardziej wyszukane wymogi, jak np. gwarancja, zasoby maszynowe, doświadczona kadra wykonawcza itp. Niestety, obawa przed kontrolą (domniemanie układów) oraz wcześniej wspomniane hasło WINCYJ KILOMETRÓW powodują, że inwestor chętnie typuje zwycięzcę najtańszego z tanich. I nie ma znaczenia, że cena podana przez taką firmę z góry wskazuje, że inwestycja będzie nawet poniżej ceny materiałów z projektu. Już w tym momencie wiadomo, że w czasie realizacji będzie trzeba iść na ustępstwa, ponieważ inaczej się nie da. Oczywiście jest też kwestia ustawiania przetargów, ale o tym opowiem innym razem.

Realizacja i prawdziwe schody

Na tym poziomie mamy zwykle najwięcej problemów. Zacznijmy od tego, że projekt nie brał pod uwagę wielu „kwiatków”, które rodzą się dopiero na etapie realizacji i wymagają dodatkowych prac. A przecież większość wycen już była zaniżona, aby w ogóle wygrać przetarg, a tu trzeba jeszcze zarobić… Nie ma więc absolutnie żadnego budżetu awaryjnego na nieprzewidziane zadania, a ewentualna dopłata do inwestycji to bardzo śliski temat. Ewidentnie mści się tutaj spaprany proces przygotowania dokumentacji. No dobra, ale przecież wykonawca podpisał umowę, zobowiązał się wykonać drogę zgodnie z projektem… Można by naiwnie pomyśleć, że inwestor teraz wyciśnie z niego realizację na możliwie najwyższym poziomie i pomimo wcześniejszych błędów jakoś da się uratować sytuację. Niestety, tutaj również muszę Was zmartwić, bo w zasadzie nigdy tak się nie dzieje.

Dlaczego?

Głównym powodem jest fakt pozornych oszczędności. Inwestorowi, np. gminie, zależy na tym, aby jak najmniej płacić za drogę w danym momencie. Z zaoszczędzonych środków wykona się gdzieś inną inwestycję, jak np. chodniki, ścieżki rowerowe lub po prostu więcej odcinków dróg. Wyborcy i tak są przyzwyczajeni, że lokalne drogi remontuje się cały rok, więc pojawiające się fleki na rocznej drodze nie spowodują, że mieszkańcy ruszą do urzędu gminy z widłami i pochodniami. Poza tym gdyby inwestor zbyt pilnował inwestycji realizowanej na granicy opłacalności, to żadnej firmie by się nie kalkulowało wygrywać przetargów takich cenach. Co za tym idzie, w kolejnych przetargach ceny zaczęłyby wzrastać i nasza złota zasada WINCYJ KILOMETRÓW byłaby zagrożona.

A co, jeśli jednak inwestycja z założenia ma być trochę lepiej nadzorowana?

Tak, zdarzają się i takie przypadki. Ale niestety, tutaj także mamy kilka przeszkód na drodze do prawidłowej realizacji.

Po pierwsze: rzetelność inspektora nadzoru

Znowu pomijamy tutaj sytuację, gdzie wpada on po „tantiemy” w postaci koperty. Zakładamy za to, że chłopina jest uczciwy i właśnie przyjechał na budowę, gdzie idzie nie ten materiał na podkład lub pomija się pewien etap prac przygotowawczych. Taki inspektor wie, że firma realizująca inwestycję musi na czymś przyciąć, aby skończyć budowę i zarobić na kawałek chleba. Zakłada więc, że trzeba będzie na pewne sprawy przymknąć oko.
Kolejnym powodem, dla którego inspektor niechętnie reaguje na niedociągnięcia, jest to, że inspektorami są bardzo często poprzedni kierownicy budów. W praktyce sprowadza się to do tego, że dziś inspektorem jest Marian, który odbiera drogę od Zdzicha, a za jakiś czas role mogą się odwrócić i to inspektor Zdzichu będzie odbierał drogę od Mariana. Potencjalnie wszyscy są od siebie zależni, więc nasz Marian nie chce załazić Zdzichowi za skórę, aby ten nie odpłacił mu w przyszłości pięknym za nadobne.
Jest jeszcze kwestia wynagrodzenia. Inspektor otrzymuje $$ po zakończeniu inwestycji, więc zależy mu na jej sprawnym przeprowadzeniu, aby mógł wziąć się za kolejną. W końcu każdy ma ograniczone moce przerobowe, a sporne inwestycje wymagają dużego nakładu czasu.

Po drugie: rozliczenie budżetu w roku kalendarzowym

Kolejnym istotnym czynnikiem, w którym już nie tylko inspektor przymyka oko na niedociągnięcia, ale nawet sam inwestor zaczyna sprawę popędzać idąc przy okazji na ustępstwa, jest kwestia wydatkowania pieniędzy publicznych. Myślę, że tu nie trzeba wiele tłumaczyć, bo chyba każdy wie, jak ten mechanizm działa. Krótko mówiąc: kasę z dofinansowania na dany rok trzeba wykorzystać w roku kalendarzowym, bo inaczej przepadnie. W praktyce efekt jest taki, że wszelkie inwestycje realizowane z udziałem finansowania zewnętrznego pod koniec roku mają ogromne szanse na medal Złotej Fuszerki. Wie to inspektor, wie to inwestor, wie to przede wszystkim wykonawca. Ten ostatni bardzo chętnie wykorzystuje zresztą istnienie widma utraty finansowania wiszącego nad inwestorem i potrafi przeciągać wszystkie etapy prac tak, aby odbiór inwestycji przypadał jak najpóźniej w roku kalendarzowym. Nietrudno wyobrazić sobie efekty takich układów:
– inwestor mający duży procent dofinansowania lżej wydaje kasę, która niejako nie jest jego i może zostać stracona,
– wykonawca wie, że inwestorowi zależy na kilometrach i zamknięciu inwestycji,
– inspektor dba głównie o to, co widać, aby mieć w miarę czystą sytuację w przypadku, gdy droga zacznie świecić dziurami w ciągu roku od budowy.
Tak na dobrą sprawę, nawet przy w miarę uczciwych inwestycjach ten element rozliczania się w danym roku kalendarzowym ma bardzo negatywny wpływ na jakość prac. Kiedy terminy gonią i w interesie wszystkich stron jest jak najszybsze ukończenie inwestycji, trafiają się sytuacje, gdzie masa kładziona jest w deszcz, przy ujemnych temperaturach lub ogólnie niezgodnie z technologią (np. z pominięciem sprysku międzywarstwowego, niedokładnego walcowania itp.). Jak by to powiedział kot ze znanego mema: Andrzej, to j…

Po trzecie: odbiór prac

Tutaj wrócimy na chwilę do osoby inspektora. W momencie zakończenia prac i odbioru dochodzi do takich kuriozalnych sytuacji, gdzie inspektor, który znajduje w inwestycji poważne uchybienia, pod jej koniec świadomie je ukrywa, ponieważ wtedy broni już własnej skóry. W końcu przecież jego główną rolą jest niedopuszczenie do sytuacji, gdzie jakiś etap prac jest pomijany lub znacząco odbiega od projektu. Tak więc gdy na koniec inwestycji okazuje się, że nie ma np. jakiejś warstwy podbudowy lub został położony zły materiał, to inspektor ma problem. Gdyby wskazał bowiem taki duży błąd przy finalnym odbiorze, to poniósłby odpowiedzialność za niedopilnowanie inwestycji. Inwestor mógłby wtedy zadać mu niemiłe pytanie: Gdzieś pan wtedy był? Biorąc pod uwagę powyższe, nie ma co liczyć na to, że ukryte w czasie prac niedociągnięcia ujrzą światło dzienne (o ile oczywiście nie będą stanowiły poważnego zagrożenia dla życia osób poruszających się po drodze). Jeżeli niedoróbki jedynie rzutują na trwałość drogi, to inspektor w większości przypadków podpisze odbiór i brew mu przy tym nawet nie drgnie.
Jeszcze sytuacja, do której dochodzi nagminnie: wobec konieczności zakończenia inwestycji w określonym terminie, jest ona odbierana pomimo tego, że część prac nie została zakończona. Niemożliwe? W Polsce wszystko jest możliwe! Oficjalnie mamy więc odebraną całość, a brakujące prace mają być wykonane po odbiorze i już po otrzymaniu wynagrodzenia. Jak nietrudno się domyślić, czasami prace te nie są nigdy wykonane lub są robione na przysłowiowy odpi*rdol, bo leżą niejako w gestii dobrej woli wykonawcy.

Reasumując

Budowa lokalnych dróg to trochę taka Polska w pigułce – bylejakość usankcjonowana systemowo. I, co ciekawe, wszystkie opcje polityczne są tutaj zgodne jak rzadko, bo niezależnie od aktualnie rządzącej partii wygląda to podobnie. Dziś przedstawiłem tylko te najbardziej oczywiste powody, dla których w naszym pięknym kraju większość odremontowanych lub nowo wybudowanych dróg lokalnych popada szybko w ruinę. To tylko wierzchołek góry lodowej – a ta cała patologia funkcjonuje przecież za nasze pieniądze.
Zdjęcie ilustrujące wpis jest poglądowe! Osoby, rzeczy lub sytuacje przedstawione na zdjęciu NIE mają bezpośredniego związku z treścią niniejszego wpisu!

Branża budowlana 2020: jak ograć wykonawcę (case study)

Dość dawno nie pisałem nic na temat budownictwa. Nie to, żeby nagle zniknęły z tej branży różnego rodzaju kombinacje i patologie – po prostu miałem na głowie inne tematy. Jednak ostatnio postanowiłem odrobić te zaległości, więc dziś przedstawię Wam pewną historię, w której mieliśmy coś na kształt starcia Dawida z Goliatem – a właściwie to Goliatów było dwóch (albo nawet i trzech). No, ale po kolei…

 

Generalny wykonawca i jego prawnicy w akcji

Zacznę od przedstawienia szkicu sytuacyjnego. Oto główni aktorzy dramatu (bo tak to chyba można nazwać):

– spółka Alfa (nazwa zmieniona), czyli jedna z topowych firm budowlanych, zwana dalej zamawiającym lub generalnym wykonawcą,

Alfa S.A., czyli inwestor – firma będąca w tym samym holdingu, co wspomniana przed chwilą spółka Alfa,

– firma SuperGlass (nazwa zmieniona), czyli wykonawca,

– spółka Beta (nazwa zmieniona), czyli wykonawca zastępczy.

Przedmiot zamówienia: budynek

Alfa S.A. jako inwestor stawiała nieruchomość od podstaw, po czym sprzedawała ją innemu inwestorowi (tutaj był to akurat fundusz inwestycyjny). Głównym wykonawcą była spółka Alfa, czyli spółka – córka Alfa S.A. W tym samym mieście Alfa S.A. miała zresztą stawiać kilka innych budynków, także przeznaczonych na sprzedaż inwestorom.

Dalsza część historii będzie przedstawiona z perspektywy pierwszej osoby, czyli prezesa SuperGlass. Tak będzie mi łatwiej pisać, a Czytelnikom przyswoić informacje.

Pierwszy akt naszego dramatu rozpoczął się oczywiście od podpisania umowy. No i jak to w biznesie bywa: jeśli mamy dysproporcję sił (tzn. wielka firma kontra mała firma), to duży na ogół dyktuje warunki umowy. O tym, że zwykle ma też lepszych prawników, nawet nie wspominam, bo to dość oczywiste. Tak też i było z nami, gdzie jako SuperGlass podpisaliśmy umowę stawiającą spółkę Alfa w uprzywilejowanej pozycji. Przykład jednego z niekorzystnych dla nas zapisów:

Zamawiający wymagał od nas oddania robót w konkretnym terminie, przy czym sam miał wyznaczony termin na tzw. przygotowanie frontu robót. Przygotowany front robót oznaczał, że mogliśmy wjechać na budowę zgodnie z harmonogramem i wyrobić się w czasie. Ale, ale, a co w sytuacji, gdyby zamawiający jednak nie przygotował tego frontu na czas – czy poniósłby jakieś konsekwencje za powstałe w skutek tego opóźnienia…? No tak średnio – umowa została tak skonstruowana, aby część ryzyka przerzucić na nas, a już na pewno utrudnić nam dochodzenie swoich racji przed sądem.

 

Porozumienie trójstronne

Tak czy inaczej muszę wspomnieć o kolejnej rzeczy, która potem wyszła nam bokiem. A konkretnie chodzi o to, że my mieliśmy podpisane porozumienie trójstronne. Pierwotną formą rozliczenia miała być zaliczka – tak było powiedziane w trakcie negocjacji. Dopiero finalnie, po czasie, okazało się, że jednak spółka Alfa nie akceptuje gwarancji ubezpieczeniowej zwrotu zaliczki. No a skoro tak, to prawnicy Alfy poprosili o gwarancje bankowe – dla SuperGlass wiązało się to oczywiście z wyższymi kosztami, których jednak spółka Alfa nie chciała pokryć. W tej patowej sytuacji wspólnie wypracowaliśmy trójstronny model rozliczenia. Czyli tak:

– firma X (producent) dostarczała nam elementy w formie półproduktu,

– my obrabialiśmy na naszym zakładzie te elementy i montowaliśmy je na budowie należącej do Alfa S.A.,

– spółka Alfa przelewała należność za półprodukty do producenta X, a kasę za obróbkę i wykonanie robót montażowych wpłacała do nas.

Jak to działało w praktyce? Zgodnie z tymi porozumieniami Alfa pobierała sobie, powiedzmy, jakieś 40% za materiały. W pewnym momencie wystawiliśmy dużą fakturę na około 2,5 miliona PLN netto, z czego miało pójść 800 tys. dla dostawców materiałów, a reszta do nas. Do nas niestety trafiło raptem 400 tys. PLN, a do dostawców też mniej niż połowa należności. Ta sytuacja mogła stać się dla nas niebezpieczna, ponieważ za moment mogłoby być tak, że dostawcy nie dostaną kasy, a my będziemy za to solidarnie odpowiadać.

 

Rozpoczęcie prac budowlanych i pierwsze trudności

Łatwo nie było, ale w końcu przystąpiliśmy do realizacji zlecenia, oddelegowując na front robót ponad 50 naszych pracowników. Tak, jak mówiłem, na początek poszło zamówienie do dostawców elementów – ci dostarczali półprodukt, który następnie był poddawany obróbce w naszym zakładzie, a potem trafiał na budowę będącą pod nadzorem spółki Alfa. Co istotne, kontrolerzy spółki Alfa nie mieli żadnych zastrzeżeń co do jakości samych elementów, jak i montażu.

Mimo tego braku uwag odnośnie dostaw, spółka Alfa notorycznie spóźniała się z płatnościami dla dostawcy półproduktów, czyli firmy X. Firma X po pewnym czasie nie chciała więc wysyłać kolejnych partii towaru, co jest całkowicie zrozumiałe. A jak te opóźnienia w płatnościach tłumaczyła spółka Alfa? Właściwie to nie powiedzieli nic sensownego – jedynie to, że zaległe faktury mają być rozliczone z przyszłymi zamówieniami.

No i teraz ważny „szczegół”:

Przerwanie dostaw półproduktów spowodowało oczywiście opóźnienia w realizacji prac. Co gorsza opóźnienia te się skumulowały, gdyż spółka Alfa nieterminowo oddała front robót (o czym już wspomniałem). Tak więc my już na początku mieliśmy obsuwę czasową, częściowo nie ze swojej winy. Częściowo, ponieważ jeden z naszych podwykonawców też miał opóźnienia, skutkiem których wypowiedzieliśmy mu umowę.

Co więc mamy?

Opóźnienia, które zaczynają być groźne dla terminowej realizacji kontraktu. W tym momencie spółka Alfa miała pretekst, aby włączyć w całą akcję kolejnego gracza. Oczywiście my jako SuperGlass zgłaszaliśmy swoje zastrzeżenia i żądania przedłużenia terminów. Nic to jednak nie dało.

 

Nowy podwykonawca wkracza do gry

Z racji zbliżającego się terminu oddania prac i ewidentnych opóźnień zaczęły się tarcia. Zamierzaliśmy dogadać się z Alfą, świadomi zagrożeń związanych ze sporem z tak dużą firmą – w końcu my przy ich skali byliśmy tylko małym wykonawcą. Spółka Alfa zaczęła na nas naciskać i sugerować, że trzeba tutaj zaangażować tzw. wykonawcę zastępczego. Argumentacja z ich strony wyglądała mniej – więcej tak:

Słuchajcie, tutaj obok jest budowa, na której prace realizuje naprawdę solidna firma – my znamy ich z kilku realizacji. Dogadajcie się z nimi, niech oni wejdą jako wykonawca zastępczy – 2 miesiące max i opóźnienie będzie nadrobione.

Taki wykonawca miałby przyspieszyć prace, gdyż my dysponując kilkudziesięcioma własnymi pracownikami rzekomo nie byliśmy w stanie nadrobić zaległości. Wykonawcą tym była spółka Beta, dysponująca ponad setką pracowników. My, powiem zupełnie szczerze, niespecjalnie byliśmy przekonani do zaangażowania ich, głównie. ze względu na dość wysoką stawkę roboczogodziny, zbliżającą się do 50 PLN za 1 pracownika. Jednak spółka Alfa wywierała mocną presję, więc ostatecznie przystąpiliśmy do negocjacji z Betą. No i wspólnie ustaliliśmy, że w celu przyspieszenia robót Beta oddeleguje nam około 100 pracowników na okres około 2 miesięcy, co miało nas w sumie kosztować jakieś 1,1 – 1,2 miliona PLN netto. My mieliśmy budżet na ten etap na poziomie około 2 milionów PLN, więc było tam kilkaset tysięcy złotych „buforu”. W każdym razie przystaliśmy na takie warunki, mając na uwadze dobre relacje z klientem.

Niestety, jak to w budowlance bywa, roboty mocno się przeciągnęły i okazało się, że wszystko potrwa dłużej niż zakładane 2 miesiące. Na domiar złego my nie mieliśmy już swoich ludzi do dyspozycji, gdyż część z nich odesłaliśmy w międzyczasie na Ukrainę. Co więcej, pozbyliśmy się także jednego z kluczowych podwykonawców. Sytuacja stawała się więc trudna, no i właśnie w tym momencie „zaczęły się cyrki”.

 

Wyjście z kontraktu

Doszliśmy do takiego momentu, w którym powiedziałem sobie: no nie kalkuluje się nam to. Zakładaliśmy bowiem, że Beta „skasuje nas” na 1,1 – 1,2 miliona, a tymczasem roboty się przeciągały i wyszło do zapłaty jakieś 3,5 miliona PLN! A budżet mieliśmy na poziomie 2 milionów, co oznaczało, że jesteśmy jakieś 1,5 bańki w plecy. Jednym słowem dramat. Spółka Alfa słała nam pismo za pismem, nie było bufora finansowego, no i coś trzeba było z tym całym bajzlem zrobić, pójść ostro w jakimś kierunku. Jakby tego było mało, to nasi dostawcy półproduktów pisali do nas maile: słuchajcie, nie mamy jeszcze od nich pieniędzy, tzn. od Alfy. Dostawy były przerwane definitywnie.

Do tego Alfa w taki sprytny sposób to rozliczała. W umowie było napisane, że mają termin płatności 30 dni, plus mają prawo jeszcze 90 dni „przeholować” faktury. No i faktycznie mieścili się z tym swoim lawirowaniem w 90 dniach, ale złapałem jedną fakturę płatną po terminie. To był pretekst do zerwania umowy. Poszedłem do dyrektora regionalnego i powiedziałem mu:

– Wie Pan, nie stać mnie na takie funkcjonowanie, popadam w ruinę z Państwa płaceniem, ludzie mnie nękają za niezapłacone faktury i ogólnie jest dramat. Wypowiadam więc umowę, ale mam materiał u Was na stanie, materiał zamówiony i już sprefabrykowany. Mam też materiał na Waszym placu budowy. Z przyjemnością mogę Wam to sprzedać, a nawet załatwić ludzi, którzy to zamontują.

Dyrektor odpowiedział:

– No to super z tym materiałem. Co do naszej współpracy, to tak jakoś wyszło. My nie chcieliśmy, żeby to tak wyglądało, no ale trudno.

Podaliśmy sobie ręce, przy czym z naszego punktu widzenia ten cały kontrakt okazał się kompletną porażką.

 

Walka o materiały

Zaraz po zerwaniu kontraktu doszły mnie słuchy, że nasz materiał, jaki był na placu budowy, zaczęła montować firma Beta, wskazana wcześniej jako wykonawca zastępczy. No, teraz byli już głównym od tego konkretnego rodzaju robót. My oczywiście zaczęliśmy do nich pisać pisma z żądaniem inwentaryzacji, bo jak potem dojść, ile rzeczywiście tego towaru wzięli? Początkowo tam na ich budowie był jeszcze nasz kierownik, który mówił:

– No ale nie możecie sobie tak brać materiału, towar jest jeszcze niezinwentaryzowany, my musimy za to fakturę wystawić!

Ale oni lecieli i na nic nie patrzyli. W końcu nawet chcieli wyrzucić tego naszego kierownika z budowy. Tak czy inaczej powiedziałem temu kierownikowi, aby został tam jako świadek – tzn. miał nie ingerować, tylko patrzeć co się dzieje, robić zdjęcia i filmy. Wszystko po to, aby potem zeznawać w sądzie, w razie czego.

Nieco później przyjechali do nas do firmy mówiąc, że chcą kupić resztę towaru – tak zresztą ustaliłem z dyrektorem regionalnym, że to wezmą. Szacunkowa wartość tych materiałów oscylowała między 600 a 700 tysięcy złotych. Trzy TIR-y przyjechały po to z pewnej spedycji. W międzyczasie przybył na miejsce jeden z pracowników spółki Alfa – jednak nie był on uprawniony ani do podpisywania faktur, ani WZ-ek. My, rzecz jasna, nie mogliśmy się zgodzić na oddanie towaru bez pokwitowania podpisanego ręką odpowiednio umocowanej osoby. Ten pracownik powiedział więc tak:

No to musicie poczekać na kierownika kontraktu, on tutaj zaraz przyjedzie. Ale może wypuśćcie pierwsze auto, niech jedzie, co…?

Ja na to:

Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Jak przyjdzie ktoś umocowany i podpisze, to TIR-y dopiero wyjadą.

Zamknęliśmy bramę na klucz i czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Przyjechał koordynator kontraktu, wziął fakturę w rękę i mówi:

– Wiecie co, ja za to nie płacę!

No zostawił nas z towarem na placu. Kierowcy tych TIR-ów i spedycja byli strasznie wk*rwieni, ale co robić… Rozładowaliśmy to, a potem materiał poszedł na złom za ułamek ceny – elementy te były bowiem robione pod konkretne zamówienie i nikt inny by tego nie wziął.

Jeszcze potem Alfa potrzebowała na szybko takie specyficzne płyty. Daliśmy im je na busa – było to warte jakieś 160 – 180 tysięcy. Oczywiście za to też nam nie zapłacili. Dało nam to do myślenia, bo przecież my mieliśmy nasz towar u nich, na budowie. A po tych akcjach ja stwierdziłem, że tu chyba idzie wałek na maksa. No a skoro tak, to trzeba było działać!

 

Najazd na budowę i prokuratura w akcji

Wzięliśmy więc kilka aut dostawczych, wjechaliśmy na tę budowę należącą do Alfy i zaczęliśmy ładować auta naszym towarem. Szybko pojawiła się ochrona, takie konie wielkie, no i mówią:

Co wy tutaj robicie!? Towar kradniecie? Idźcie stąd!

Mało nie doszło do rękoczynów, ale powiedziałem do nich:

– Hola, hola! Proszę mnie nie dotykać! To jest mój towar, ja przyjechałem tutaj z fakturami, proszę zobaczyć. Dzwonię po policję!

Tak zrobiłem, policja przyjechała, ale towaru było tak dużo, że nawet nie bardzo chcieli sprawdzać te faktury. Zawieziono mnie na komisariat, gdzie złożyłem obszerne zeznania. Sprawą zainteresował się też prokurator, były przesłuchania itp. – nic to nie dało. Prokuratura w końcu odpowiedziała, że nie widzi czynu zabronionego ze względu na fakt, że Alfa rzekomo nie przywłaszczyła tego mienia świadomie. Dla mnie było jasne, że świadomie, no ale skoro prokurator miał inne zdanie…

 

Ostatnie akordy dramatu + ciekawe ustalenia

No zaczęły się przepychanki z płatnościami. Alfa jednak chyba zapomniała, że my mieliśmy jeszcze do zapłacenia faktury dla firmy Beta, czyli wykonawcy zastępczego, którego oni nam polecili. Kwota: 600 tys. PLN. I my tego nie zapłaciliśmy, bo już nawet nie bardzo było z czego. Faktury te musiała zapłacić Alfa jako firma zabezpieczająca. Oj, jak płakali, jak się wkurzali, no i mieli do nas roszczenia. W konsekwencji jakieś 3 tygodnie po tej całej akcji przyszedł do nas pozew.

Na dzień dzisiejszy nam zostały niezapłacone faktury – nie zapłaciliśmy naszym kontrahentom, bo serio nie posiadaliśmy już pieniędzy. Alfa wzięła też nasze 700 tys. PLN z zabezpieczenia – tak, tak, z każdej faktury potrącali pewną kwotę. Jak tak podliczyć te kombinacje, to w konsekwencji cały montaż kosztował Alfę jakieś 5 milionów PLN, zamiast zakładanych 2 milionów. Dziś chcą ode mnie jeszcze 0,5 miliona złotych, które będą windykować. Moja firma właściwie nadaje się już tylko do ogłoszenia upadłości – a szkoda, bo naprawdę miała potencjał i poświęciłem na jej rozwój ładnych parę lat mojego życia.

Jednak to nie koniec tej historii! Już po fakcie ustaliłem dwie ciekawe rzeczy.

Pierwsza z nich jest taka, że firma Beta okazała się być spółką należącą do kogoś, kto był dobrym znajomym pewnego kierownika z Alfy. Zapewne dlatego tak nalegali na tego konkretnego wykonawcę zastępczego.

A druga ciekawostka jest taka, że w identyczny sposób wyoutowali z placów budowy dwie inne firmy – i tam też na miejsce tych firm wjechała Beta, „cała na biało”. Czy w grę wchodziły tam jakieś % dla tego kierownika z Alfy, tego nie wiem (choć się domyślam).

 

Komentarz do całej sprawy

Jeśli przyjąć, że ten opisywany dziś ciąg zdarzeń, czyli reżyserowane opóźnienia, obsuwy w płatnościach i zaangażowanie wykonawcy zastępczego, to była od początku zaplanowana akcja, to mamy interesujący schemat działania:

– w pierwszym etapie doprowadzamy wykonawcę do podpisania niekorzystnej dla niego umowy,

– następnie robimy wszystko, aby opóźnić przebieg robót i grozimy przy tym karami umownymi itp., nawet jeśli opóźnienia nie są do końca winą wykonawcy,

– a na koniec stwierdzamy, że wykonawca nie daje rady, więc wjeżdża wskazana przez nas firma, która przejmuje roboty i obciąża pierwotnego wykonawcę wysokimi fakturami.

W konsekwencji robota jest wykonana, ale większość zysków z realizacji kontraktu przejmuje nie pierwotny wykonawca, ale wykonawca zastępczy – i to on dzieli się wtedy pieniędzmi z kimś z kierownictwa firmy zamawiającej. Oczywiście taka konfiguracja może też niekiedy oznaczać szkodę dla głównego zamawiającego, bo firma zamawiająca mocno przepłaca. Tak więc w przypadku dużych firm zarząd na samej górze niekoniecznie wie o tego typu historiach. Można przyjąć, że za część podobnych zdarzeń odpowiedzialni są różni regionalni dyrektorowie, kierownicy itp. To oni jako tzw. beneficjent rzeczywisty są dogadani z wykonawcami zastępczymi na % – a zarządowi przedstawiają argumenty, że tak po prostu musiało być, że to wykonawca partaczył itp. – no nie było wyjścia i już. Na koniec dodam, że oczywiście niekiedy bywa i tak, że podobny schemat wynika niezamierzenie i bez złej woli zamawiającego – wszak są wykonawcy, którzy dają ciała i nie trzymają się terminów. To też trzeba podkreślić mocno i stanowczo.

 

Negocjacje ze zwrotem akcji

W przedstawionym dziś case study mamy też model prowadzenia negocjacji z „nieoczekiwanym” zwrotem akcji – jest on spotykany nie tylko w branży budowlanej. Załóżmy, że jesteśmy firmą, która chce wynegocjować w kontrakcie coś, na co normalnie wykonawca raczej by się nie zgodził – a przynajmniej nie wtedy, gdybyśmy zaproponowali mu takie warunki na starcie.

W praktyce wygląda to tak, że na początku godzimy się na taki schemat, jakiego oczekuje wykonawca – jednak bez wdawania się w szczegóły. Nieco później, jeszcze przed podpisaniem umowy, ale gdy wykonawca ów poczyni już pewne przygotowania związane z realizacją kontraktu, informujemy go, że owszem, możemy się rozliczać na zasadach takich, o jakich była mowa wcześniej – ale przy zachowaniu dodatkowych warunków! Czyli że np. musi on przedstawić dodatkowe gwarancje. Te dodatkowe warunki są trudne do przyjęcia, więc wykonawca raczej na taki układ nie pójdzie. No i w tym momencie w zamian można mu zaproponować inny wariant, czyli taki, o jaki nam od początku chodziło. Układ ten będzie dla wykonawcy gorszy od pierwotnych ustaleń, ale jako że kontrahent ten już „przyzwyczaił się” do tego, że będzie realizował te prace, to istnieje duża szansa, że zgodzi się na nasze warunki. Proste? No proste.

 

Kilka słów na zakończenie

Budownictwo to bardzo trudna i skomplikowana pod względem prawnym branża – kto wie, czy nie jedna z najtrudniejszych. Angażując się w interesy na większą skalę z dużymi graczami należy mieć świadomość, że wchodzimy między stado wilków, do tego świetnie zabezpieczonych rozmaitymi paragrafami. Kilka błędów podobnych do tych dziś opisanych, może położyć naszą firmę – i tutaj nie ma niestety ani przesady, ani miękkiej gry. Tylko full contact, niekiedy bardzo brutalny. Uważajcie więc na siebie, a jeśli potrzebujecie fachowego wsparcia prawnego, to dodam tylko, że na naszym szkoleniu będziemy poruszać kwestie związane z zabezpieczaniem kontraktów budowlanych. Tak więc jeżeli ten temat Was interesuje, to koniecznie zapiszcie się na nasz bezpłatny newsletter (o ile dotąd tego nie zrobiliście)! W celu dokonania zapisu wystarczy kliknąć tutaj

 

Zdjęcie ilustrujące wpis jest poglądowe! Osoby, rzeczy lub sytuacje przedstawione na zdjęciu NIE mają bezpośredniego związku z treścią niniejszego wpisu!