Oszustwa w transporcie, czyli jak niektórzy kierowcy ciężarówek dorabiają sobie do pensji

Jeśli miałbym wskazać jeden z obszarów, w których systematycznie dochodzi do „magicznego zniknięcia” części zysku firmy, to byłby to właśnie transport towarowy. Temat dla niektórych może być kontrowersyjny, więc już na samym początku zaakcentuję jedną rzecz, abyśmy się dobrze zrozumieli: ABSOLUTNIE NIE TWIERDZĘ, ŻE WSZYSCY KIEROWCY OSZUKUJĄ SWOICH PRACODAWCÓW – robi to zapewne niewielki odsetek, a zdecydowana większość jest uczciwa. Dziś jednak przedstawię kilka schematów, które być może dadzą niektórym co nieco do myślenia.

Surowce (nie)pełnowartościowe

Jest sobie zakład X, do którego kilkudziesięciu kontrahentów dostarcza surowce niezbędne do produkcji. Zakład X korzystał i korzysta z własnego transportu, wysyłając swoich kierowców do dostawców po odbiór surowców. Kilkanaście lat temu, gdy zakład X jeszcze się rozwijał, kierowcy dowożący do niego surowce dogadali się z kontrolerem jakości, który w zamian za łapówki dopuszczał partie surowców z domieszką gorszych jakościowo komponentów. W praktyce wyglądało to tak, że kierowcy proponowali dostawcom, aby ci do czystego surowca dorzucali gorszy jakościowo wypełniacz. Oczywiście „zaoszczędzony” w ten sposób czysty surowiec był potem sprzedawany, a zysk szedł do podziału między dostawcę i kierowcę (minus działka dla kontrolera jakości). Różnica wynosiła od 5 do 10% czystego surowca, co pozwalało beneficjentom procederu czerpać całkiem niezłe zyski jak na tak niski poziom (po kilka – kilkanaście tys. PLN miesięcznie na głowę).

Firma X się rozwijała, dorobiła się także większego działu kontroli jakości, a skorumpowany kontroler odszedł już z pracy. Jednak nawet po jego odejściu zaniżone normy pozostały i proceder cały czas trwał – po prostu wewnętrzni kontrolerzy uznali, że skoro przez tyle lat akceptowano taki, a nie inny skład surowca, to tak po prostu musi być. Przy coraz większej skali działalności straty zakładu X szły już w setki tysięcy złotych miesięcznie, a właściciele nie mieli pojęcia o funkcjonowaniu patologicznego układu.

Wreszcie jednak nadszedł dzień, w którym schemat wysypał się w bardzo prosty sposób. Otóż do firmy X zaczęto wprowadzać nowych dostawców. No i jeden z kierowców zaproponował takiemu nowemu dostawcy współuczestnictwo w procederze w zamian za korzyści majątkowe, opisując przy tym dokładnie, na czym miał polegać mechanizm oszustwa. Nowy dostawca okazał się jednak dobrym znajomym szefa zakładu X, więc doniósł mu o tej propozycji. Szef zakładu X postanowił zbadać sprawę bliżej i wynajął profesjonalnego detektywa, który przeprowadził obserwację kierowców. W trakcie działań obserwacyjnych wyszło, że kierowcy wraz z dostawcami zwyczajnie oszukują.

Podmianek ciąg dalszy

Swego czasu popularne były tzw. „dolewki” i „dosypki” wody oraz piasku do transportów złomu. W praktyce wyglądało to chociażby tak, że kierowca wyjeżdżał ze złomowiska A ciężarówką załadowaną np. 20 tonami złomu – oczywiście wszystko zważone i ujęte w papierach. Cel: huta. Jednak XX-kilometrów dalej kierowca podjeżdżał do punktu skupu złomu B leżącego przy trasie przejazdu do huty (sprawdzanie GPS-a nie wykazałoby więc podejrzanej zmiany trasy). Tam w porozumieniu z właścicielem tegoż skupu B zrzucali +- 1 tonę, czyli zaledwie kilka % przewożonego żelastwa, a w zamian lali wodę i sypali ziemię, aby zwiększyć wagę pojazdu. Po przyjeździe do huty waga w przybliżeniu się zgadzała, choć niekiedy kontrola jakości czepiała się zbyt dużej zawartości ziemi (gdy kierowca przesadził z „dosypką”). Teoretycznie nie było z tego wielkich pieniędzy, ale jak tak zsumować transporty, to kierowcy mieli drugą pensję, a właściciel skupu złomu, do którego podrzucano towar, wyciągał z tego procederu nawet po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, mając układ z kilkoma różnymi kierowcami.

Waga – kluczowa rzecz

Kilka lat temu mieliśmy w Polsce dość głośną sprawę dotyczącą różnych nieprawidłowości w Jastrzębskiej Spółce Węglowej. Jeden z wątków dotyczył tam około 100 tysięcy ton nigdzie nie zaksięgowanego węgla, który leżał sobie na hałdach, a potem nielegalnie opuszczał teren kopalni. Punkt wycieku miała tutaj stanowić waga na jednym z zakładów, która nadzwyczaj często się psuła (taki przypadek). No a ponieważ ruch ciężarówek nie bardzo mógł być wstrzymany, to kierowcy deklarowali ilość wywożonego węgla w dokumentach. Nietrudno się domyślić, że w takiej deklaracji mogło być np. 10 ton, podczas gdy w rzeczywistości tych ton wyjeżdżało np. 15. Niby były tam kamery, które teoretycznie mogłyby pomóc oszacować ilość wywożonego towaru, demaskując tym samym przekręt. W praktyce jednak nie zawsze jest to takie proste.

Z kolei na składzie węglowym pewnej elektrowni waga na wyjeździe co prawda działała prawidłowo, ale pojazdów na wjeździe już nie ważono, lecz tylko kontrolowano, czy wywrotka jest pusta. Dla każdego pojazdu przyjęto za to normę wagową: masa pojazdu z dowodu rejestracyjnego + masa zbiorników paliwa zapełnionych do połowy. No i właśnie w tym miejscu był pies pogrzebany, a konkretnie tworzyło się dodatkowe kilkaset kilogramów masy do zagospodarowania. Patent był tutaj prosty: kierowcy wjeżdżali na teren elektrowni z prawie pustymi bakami. Po załadowaniu wjeżdżali na wagę, w papierach wpisano tyle i tyle węgla, no i wyjazd za bramę. Za bramą można było odsypać trochę węgla z naczepy, dolać paliwa do zbiorników do połowy i już, załatwione. Taka ciężarówka następnie wjeżdżała na teren elektrowni, gdzie na wadze wszystko się zgadzało. Pozostaje tajemnicą, w jaki sposób kierowcy dali radę to ogarnąć logistycznie przewożąc węgiel na dystansie zaledwie kilku kilometrów – nie odpowiem na to pytanie (a widzę tutaj kilka istotnych trudności).

Samą wagę zresztą także można oszukać pewnymi prostymi sztuczkami (jeśli jest się np. dogadanym z wagowym, który przymknie oko na pewne rzeczy). Przykład: pozostawianie poza wagą tylnych kół naczepy lub wyjechanie ciężarówką zbyt daleko do przodu, co powoduje, że tym razem to przednia oś jest poza wagą – w obu wariantach odczyt zostaje przekłamany. Zdarzają się także zjazdy na lewo lub na prawo (to w sytuacji, gdy wokół wagi nie ma barierek ochronnych). Czy to wszystko…? Niekoniecznie. Mamy jeszcze bowiem bardziej egzotyczne możliwości manipulowania wskazaniami wagi, jak jej zhakowanie (to przy nowoczesnych modelach naładowanych elektroniką) oraz podłączenie do wagi specjalnego urządzenia, które będzie przekłamywać jej odczyty. Nie są to jednak częste przypadki, bardziej ciekawostki nakreślające pewne możliwości.

Co powinno wzbudzić naszą czujność?

Jak więc widać jest sporo możliwości kradzieży – teoretycznie nawet tam, gdzie mamy zaawansowane zabezpieczenia. Znam bowiem przypadek sprzed +- 10 lat, gdzie kierowca jeżdżący dla Orlenu postawił sobie dom za gaz LPG kradziony z transportów. Wyglądało to tak, że podjeżdżał na stację LPG prowadzoną przez jego brata, gdzie „zrzucali” trochę gazu do zbiorników. Proceder trwał przez lata i z tego, co się orientuję, nigdy nie został wykryty. Orlen to Orlen, nie zbankrutował przez to, ale oczywistym jest, że w świecie MŚP większość z nas nie lubi być okradanych, a i straty bolą nieraz bardziej. Tak więc warto znać kilka symptomów możliwych do wyłapania, a które powinny zwrócić naszą uwagę (mam tutaj na myśli właścicieli i managerów firm).

 

Najprostsza rzecz: trzeba przyjrzeć się ścieżce rekrutacji i zarobkom naszych kierowców. Szczególnie niepokojąca jest następująca sytuacja: nasi kierowcy zarabiają sporo poniżej średnich stawek, jakie oferują inne firmy z naszej okolicy, a jednocześnie praktycznie nie ma u nas rotacji składu kierowców, a nawet jeśli już przyjmuje się kogoś nowego, to zawsze z polecenia już pracującego kierowcy. Tymczasem inne firmy płacą więcej, a ciągle narzekają na brak chętnych – to jak to jest…? Nietrudno się domyślić, że w takim wariancie niska pensja nie jest wystarczającym motywatorem do pracy, a faktyczne dochody nasi kierowcy uzyskują gdzie indziej. Przyjmowanie nowych kierowców wyłącznie z polecenia może zaś świadczyć o tym, że grupa chce zachować hermetyczność i nie chce dopuszczać obcych do biznesu.

 

Punkt numer 2 to najbardziej oczywista oczywistość, czyli drogie auta. Wielu kierowców zawodowych po prostu nie może sobie odmówić przyjemności posiadania szybkiego i relatywnie drogiego BMW czy Audi, jeśli tylko mają na to pieniądze. Jeśli więc kierowca, któremu oficjalnie płacą 4k PLN na rękę, nagle kupuje sobie X6 za +- 200 tys. PLN, a inni też zaczynają jeździć lepszymi autami, to szef takiej firmy powinien się zastanowić. Takie sytuacje wbrew pozorom nie są aż tak znowu częste, gdyż co sprytniejsi kierowcy dorabiający „na lewo” mają świadomość, że drogie auto „ponad stan” zawsze rzuca się w oczy i budzi niepotrzebne podejrzenia.

 

No i wreszcie trzecia kwestia, tym razem nie dla wszystkich oczywista. Będzie to zakup domu – ale uwaga, nie chodzi o nowy dom w kredycie! Jedną z technik quasi-prania nieopodatkowanych pieniędzy jest bowiem zakup starych domów do remontu. Dlaczego tak? Otóż kupując nowy dom o wartości np. 700 tys. PLN trzeba by uprawdopodobnić przed skarbówką skąd wzięliśmy na to pieniądze – a to mogłoby być trudne. Nowy dom ciężko kupić za ½ ceny na papierze, więc nie ma tutaj wielkiego pola manewru. Co innego jednak stara chałupa, którą możemy nabyć np. za 300 tys. PLN, a potem władować w nią kolejne kilkaset tysięcy, zmieniając ją nie do poznania. Dla urzędu skarbowego na papierze będzie to tylko 300k wartości początkowej (a nie 700k jak w przypadku nowego domu), więc łatwiej jest uprawdopodobnić posiadanie takiej kwoty – przykładowo jeszcze dla niepoznaki można wziąć kredyt, który taki kierowca dostanie nawet na niską pensję oficjalną. No a potem kupujemy za gotówkę materiały budowlane, meble itd. na zwykłe paragony. I nikt już raczej nie sprawdzi tego, że w dom zostało włożone 200 czy 300k z „lewej forsy”.

Reasumując

Polecam wziąć sobie do serca prostą prawdę: ufaj, ale kontroluj. Odpowiednie procedury antyfraudowe skrojone pod specyfikę działalności danej firmy oraz przeprowadzanie okresowych audytów bezpieczeństwa to naprawdę przydatna rzecz – zwłaszcza tam, gdzie potencjalne kradzieże mogą być stosunkowo łatwe do przeprowadzenia. Przykładowo dla pierwszej historii jedną z możliwych opcji było chociażby niespodziewane pobranie próbek surowca i przekazanie ich do jakiegoś zewnętrznego laboratorium celem skontrolowania składu. Rozbieżności zapewne zostałyby zauważone, a skoro tak, to można by wtedy pomyśleć np. o dokręceniu norm dostawcom, co mogłoby ukrócić proceder fałszerstw. Przy większej skali działalności można także pomyśleć o systemach automatycznego zarządzania wagami samochodowymi, które pomagają wyłapać fraudy. Mam tutaj na myśli rozwiązania z modułami analitycznymi, które „podpinamy” pod wagę, kamery i terminale dla kierowców. To jest już jednak temat na inny wpis – a na dziś dziękuję za uwagę.

Zdjęcie ilustrujące wpis jest poglądowe! Osoby, rzeczy lub sytuacje przedstawione na zdjęciu NIE mają bezpośredniego związku z treścią niniejszego wpisu!